niedziela, 10 czerwca 2012

Eighty-six

Leżysz sama w białej sali. Właściwie to nie sama, gdyż obok ciebie znajduje się łóżko, na  którym leży chłopak, który jest w śpiączce. Nikt go nie odwiedza, nikt nie wie, że tu jest. Wiesz o tym ty, twoja rodzina i lekarze. Nikt o niego nie pytał, tak jakby jego przyjaciele o nim zapomnieli. Czasami, gdy jesteśmy "zupełnie sami", rozmawiasz z nim. Właściwie to tylko ty mówisz mu co u ciebie, jak się czuje i opisujesz mi wszystko. Mimo iż nie ostajesz odpowiedzi cieszysz się, że leży obok Ciebie. Ty jesteś tutaj po ciężkiej operacji. Miałaś nowotwora, który wytworzył Ci się na żołądku. Louis, bo tak miał na imię owy chłopak, wiedział o tym, mówiłaś mu o wszystkim. Często pytałaś lekarza o jego stan zdrowia, cały czas był on taki sam. Słyszałaś kiedyś od znajomych, że osoba która jest w śpiączce wszystko słyszy. Masz nadzieję, że tak uda Ci się go "wyciągnąć" ze śpiączki.

Mija kolejne kilka dni, nadal nic. Dzisiaj mogłaś wychodzić już z łóżka. Nie musiałaś cały czas leżeć. Miałaś przyjmować tutaj jeszcze przez kilka dni lekarstwa i mieć rehabilitację. Akurat na niej byłaś. Gdy wróciłaś go łóżka, odruchowo spojrzałaś na chłopaka. Wydawało Ci się, że poruszył ręką.
-Louis, słyszysz mnie? Jak tak to poruszaj prawą ręką.- Dziwnie Ci się to mówiło, ale spojrzałaś na jego dłoń. Chłopak poruszył palcami.
-OMG! Lou nie ruszaj się... a właściwie to ruszaj, otwieraj oczka, a ja biegnę po lekarza.- Od razu wyskoczyłaś jak oparzona z sali. Złapałaś jednego z lekarzy i przyciągnęłaś go do sali.
-Doktorze on się budzi. On się budzi.- Mówiłaś niczym mała dziewczynka.
-Nie jest to możliwe... Nie w jego przypadku. Wypadek był zbyt poważny.- Lekarz chciał już wyjść, lecz złapałaś o za rękę.
-Lou, udowodnij, że się budzisz. Poruszaj prawą ręką.- Oboje spojrzeliście na jego dłoń. Chłopak poruszył palcami.  Lekarz spojrzał na ciebie z uśmiechem na twarzy. Podszedł do łóżka i sprawdził czy źrenice chłopaka reagują. Reagowały.
-Przez kilka dobrych godzin będzie się wybudzał, szybko to nie nastąpi. Jakby co to mnie wezwij.- Lekarz wyszedł z sali. Ty podekscytowana usiadłaś na krzesełku obok i czekałaś aż się wybudzi. Znowu zaczęłaś mu opowiadać jakieś historyjki. Minęły kolejne 3 godziny. Louis powoli zaczął otwierać oczy.
-Jak się czujesz Louis?- Zapytałaś, gdy tylko na ciebie spojrzał.
-Poza tym, że wszystko mam odrętwiałe to dobrze... Ty jesteś [T.I.] prawda?- Delikatnie uśmiechnął się do Ciebie. Odwzajemniłaś uśmiech i pokiwałaś twierdząco głową.
-Wiec to ty mnie tutaj przytrzymywałaś. Mówiłaś mi wszystko o sobie i co u ciebie słychać.- Zaśmiał się, a ty delikatnie zarumieniłaś.- Zawsze Ci odpowiadałem, ale wiem, że tego nie słyszałaś. Mimo to dziękuję, że jesteś ze mną. - Przeszedł do pozycji siedzącej. Przeprosiłaś go na moment i poszłaś po lekarza, po chwili z nim wracając. Lekarz go zbadał, a ty siedziałaś i przyglądałaś mu się. Uśmiechał się niczym aniołek. Gdy lekarz wyszedł, Lou zwrócił się do Ciebie.
-Miałabyś może na chwilę zadzwonić? Bo z tego co wiem, mój telefon się rozsypał.- zaśmiał się, a ty z nim. Podałaś mu poproszony sprzęt i zostawiłaś go na czas rozmowy samego w sali. Chłopak zadzwonił do Harrego, który gdy tylko go usłyszał od razu rzucił mi potok pytań. Lou odpowiedział na nie wszystkie i Hazza razem z resztą miał przyjechać do szpitala.
Wróciłaś do sali i usadowiłaś się w swoim łóżku. Lou od razu się do Ciebie zwrócił.
- Właściwie... To skąd wiedziałaś kim jestem? Jesteś directionerką, prawda?- Uśmiechnął się. Zaczęliście rozmawiać i bardziej się za kumplowaliście. W tym samym czasie do szpitala wpadła reszta 1D.
-Lou!!! Tak się o Ciebie martwiłem!- Hazza podleciał do niego i go przytulił. - Nie mogliśmy Cię nigdzie znaleźć przez ten miesiąc! - Dodał robiąc smutną minkę. Chłopaki zaczęli rozmawiać. W trakcie rozmowy Louis ciebie przedstawił jako swoją wybawczynię, która przytrzymywała go przy życiu. Wszyscy razem dobrze się zaczęliście dogadywać.


Minęło kilka dni. Dzisiaj razem z Louisem mieliście być wypisani do domu. Oboje cieszyliście się z tego powodu, ale z drugiej strony było wam przykro, gdyż się ze sobą zżyliście. Dałaś Lou swój numer telefonu mimo wszystko. Miałaś nadzieję, że nie zapomni szybko o tobie. On również miał tak nadzieję. Chcieliście utrzymać ze sobą kontakt. W tym samym czasie przyszli po Ciebie rodzice, a po Louisa 1D.
-No to do zobaczenia [T.I.]. Mam nadzieję, że już wkrótce się spotkamy.- Uśmiechnął się Louis i Cię przytulił na pożegnanie, tak samo jak reszta.
-Też mam taką nadzieję, do zobaczenia.- Również się uśmiechnęłaś i razem z rodzicami wyszłaś z budynku w którym spędziłaś 5 miesięcy.


Minęło pięć lat. Dzisiaj był twój wielki dzień. Stałaś przed lustrem w białej sukni. Na twojej głowie widniał długi welon. Spojrzałaś na zegarek. Akurat pod domem zjawiła się biała limuzyna, która zatrąbiła, sygnalizując tym samym, że musisz już wyjść. Razem ze swoją świadkową wyszłaś z domu wsiadając do pojazdu. Podjechaliście pod kościół, przed nim czekał na Ciebie twój tata, mający poprowadzić Cię do ołtarza.
Weszliście do środka, rozbrzmiała się melodia. Chłopak stojący przy ołtarzu odwrócił się i uśmiechnął co ty odwzajemniłaś. Będąc pod koniec drogi, wyszedł po Ciebie. Chwytając Cię za rękę, którą trzymał wcześniej twój tata.
-Tylko opiekuj się nią Louis.- Szepnął dotykając jego ramienia i wszedł do ławki. Podeszliście do ołtarza, gdzie stał już ksiądz. Spojrzałaś na Lou garnitur. Chłopak wyglądał wyśmienicie[...].
- Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?
- Chcemy.
- Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i chorobie, dobrej i złej doli, aż do końca życia?
-Chcemy
-Czy chcesz z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?
- Chcę – odpowiadali cały czas równocześnie.
~*~
- Ja Louis Tomlinson biorę sobie Ciebie [T.I.i.N] za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
- Ja  [T.I.i.N]  biorę sobie Ciebie Louisie Tomlinon za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.- Po wypowiedzeniu tych słów, na ustach obojgu pojawiły się szersze uśmiechy.
- Zatem. Ogłaszam was mężem i żoną. Możesz pocałować pannę młodą.- Powiedział ksiądz kierując ostatnie zdanie do chłopaka. Blondyn delikatnie przysunął się do dziewczyny i złożył na jej ustach delikatny, a zarazem namiętny pocałunek. Po chwili ujął jej dłoń w swoją i skierował się z nią w stronę wyjścia z kościoła. Po ceremonii, tradycyjnie odbyła się huczna zabawa, gdzie wszyscy wspaniale się bawili.
_________________________________________________


Zawaliłam końcówkę, nie udało mi się tego napisać tak jak oczekiwałam. Trudno.
Przyjęłam do załogi nową autorkę, mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe xd
Nadal zapraszam was na mojego oficjalnego bloga <klik>. Oraz na blog pewnej dziewczyny. Jest to naprawdę dobre opowiadanie, które z czystym sumieniem mogę wam polecić :) <klik2>

5 komentarzy:

  1. Cudnee ! Naprawde masz talent do pisania ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. meeeeeeeeega <3
    zapraszam do mnie gdzie ukazał się 29 rodział
    http://galaxy-strawberry.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. .. tylko jest napisane blondyn delikatnie przysunął ... :D a Louis nie jest blondynem :* a tak to imagin jest świetny < 3

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3