sobota, 15 września 2012

Two Hundred

Cześć wszystkim!
Dawno tutaj nie zaglądałam,za co najmocniej przepraszam. W prawdzie mam jeszcze urlop,ale postanowiłam już dodać jakiegoś imagina. Przyznam się,że miałam go napisanego już od ponad miesiąca,ale dopiero wczoraj go dokończyłam. Mam nadzieję,że komuś przypadnie on do gustu i pojawi się kilka komentarzy!
Teraz pochwalę się swoją wiedzą! Od dwóch tygodni chodzimy do szkoły! Mam nadzieję,że przez nieregularne dodawanie postów nie ubyło nam czytelników,a wręcz przeciwnie przybyło ich. A pro po szkoły,jak wrażenia? Podejrzewam,że nikt nie jest z tego powodu zadowolony.
Tego imagina dedykuję wszystkim tym,którzy nie potrafią znaleźć wsparcia,podpory w innych ludziach....

piosenka : http://www.youtube.com/watch?v=2lLSvNEHN6E


Obudziłam się w jasnym pomieszczeniu. Ledwo potrafiłam poruszać głową. Z tego co dostrzegł mój wzrok,znajdowałam się w szpitalu. Przynajmniej tak mi się zdawało. Uniosłam lewą rękę i zobaczyłam biegnącą wzdłuż jej długości przezroczystą rurkę. Była to kroplówka. Drugą ręką dotknęłam swojego brzucha. Jeszcze kilka godzin wcześniej pod moim sercem funkcjonowało nowe życie – moje dziecko. Po mojej twarzy spłynęło kilka łez. Chwilę później na mojej,zimnej ręce poczułam ciepły dotyk. Niepewnie uniosłam głowę po raz kolejny,a moim oczom ukazała się sylwetka młodego,wysokiego mężczyzny. Był to mój ukochany Louis. Wspólnie milczeliśmy. Nikt o nic nie pytał,a je nie mogłam już tego wytrzymać.
- Skąd się tutaj znalazłeś? - zapytałam,przerywając niezręczne jak dla mnie milczenie
- Twoja przyjaciółka do mnie zadzwoniła. Prosiła żebym jak najszybciej pojawił się w szpitalu. - tłumaczył. - Czemu nie powiedziałaś mi o ciąży?
- Akurat wtedy,gdy się dowiedziałam o tym,że spodziewam się dziecka Twoja kariera nabrała tempa. Ja i dziecko,bylibyśmy zbędnym nadbagażem. Byłam na mnóstwie Twoich koncertów. Widziałam jaką radość sprawia Ci śpiewanie,chciałam abyś był szczęśliwy...
- Jak mógłbym być szczęśliwy,jeśli nie miałbym przy sobie osoby,którą kocham nad życie?
- Jeśli kogoś kochasz,pozwól mu odejść...Słyszałeś to już gdzieś?
- Owszem,słyszałem...Ale chciałem walczyć o tę miłość,bo dopóki walczysz jesteś zwycięzcą.
- Louis proszę...To i tak nie ma sensu,bo...bo nasze dziecko nie żyje... - powiedziałam z ogromnym trudem,a po mojej bladej twarzy momentalnie słynęły słone łzy
- Co Ty mówisz? Nasze dziecko przeżyło,bo jest silne. Jeśli chcesz go zobaczyć,to...
- Tak chcę. - przerwałam mu. Chłopak zniknął,a po kilku kolejnych minutach ponownie się pojawił. Jak twierdził,był zapytać pielęgniarkę czy może zabrać mnie na oddział dla noworodków. Z pomocą ojca dziecka wstałam ze szpitalnego łózka. Louis przyciągnął mnie do siebie i mocno trzymał za rękę. Złapałam się go kurczowo i małymi,wolnymi krokami opuściłam najpierw salę,a później oddział. Do tej pory nie mogłam uwierzyć w to,że dziecko przeżyło. Jeszcze bardziej zadowalał mnie fakt,że jest przy mnie Louis. Ogromna miłość mojego życia,pomijając oczywiście dziecko. Chłopak zaprowadził mnie do odpowiedniej części szpitala. Przystanęliśmy przed ogromną szybą,za którą w inkubatorach przebywały śliczne,nowo narodzone maleństwa. Chwilę wspólnie milczeliśmy,a ja analizowałam wzrokiem każde dziecko z osobna. Tak bardzo chciałam wiedzieć,które należy do mnie i Louisa. Brunet tylko czekał na jakiś znak z mojej strony,a gdy zauważył grymas rozczarowania jaki widniał na mojej twarzy delikatnie pociągnął mnie za rękę w stronę drzwi do pomieszczenia. Weszliśmy jak gdyby nigdy nic. Mijaliśmy mnóstwo inkubatorów, aż wreszcie zatrzymaliśmy się obok odpowiedniego.
- To jest właśnie Twój synek... - wyszeptał mi do ucha. Popatrzyłam na maluszka z troską,ale gdy usłyszałam słowa jakie wypowiedział mój towarzysz nie wiedziałam jak mam się zachować.
- Jak to mój? Nie chcesz go? - zapytałam po chwili,a z moich oczu popłynęły łzy
- To nie jest tak,że ja go nie chcę,bo chcę. Sama kilka minut temu powiedziałaś,że już nigdy nie będziemy razem,że nie ma już dla nas najmniejszej szansy...Więc pomyślałem,że...
- Źle pomyślałeś. Fakt,że nie będziemy razem nie zmienia faktu,że to Twoje dziecko. - nie chciałam tego robić,ale niestety musiałam. Nie pewnym krokiem ruszyłam w stronę wyjścia zostawiając Louisa samego na sali wśród noworodków. Chodzenie sprawiało mi wiele trudu,jak również i bólu. W prawdzie po tych kilku godzinach od porodu powinnam jeszcze odpoczywać i regenerować siły. Jednak tak bardzo chciałam zobaczyć te małe stworzenie,które zmieni moje życie.
Wracając do tematu Louisa,postanowiłam,że po wyjściu ze szpitala wyjadę z Londynu. Oczywiście, że kochałam Tomlinsona,ale pragnęłam jego szczęścia. Postanowiłam,że dziecko będzie się wychowywać bez taty. Bez fundamentu budującego rodzinę.
Czas,który miałam spędzić w szpitalu niemiłosiernie mi się dłużył. Za wszelką cenę nie chciałam myśleć co teraz będzie,jak ja sobie dam z tym wszystkim radę,gdzie zamieszkamy? A już tym bardziej nie chciałam myśleć o Louisie.
Nareszcie! Opuściłam miejsce,gdzie na świat przyszedł mój synek,James. James Louis Tomlinson. Jak to pięknie brzmi,tylko szkoda,że dziecko nie będzie nosiło nazwiska swojego ojca. Skoro ten twierdzi,że to tylko MÓJ syn. Obecnie chciałam być jak najdalej od Louisa,dlatego postanowiłam wyprowadzić się do rodzinnego miasta,gdzie mieszkała moja mama i tato. Oboje wiedzieli,że razem z Jamsem zamieszkamy u nich. Moje dotychczasowe mieszkanie w Londynie zostało sprzedane.
W czasie podróży do Cambridge maluch spał,a ja miałam czas do pomyślenia co dalej...Co teraz będzie z moim życiem? Jak mam postąpić,aby jeszcze bardziej się nie pogrążyć? Zanim zdążyłam dojść do jakiegokolwiek wniosku taksówka zatrzymała się przed domem,przed którym stali rodzice. Matka,od razu zabrała ode mnie dziecko,ojciec natomiast,zajął się bagażami. Weszliśmy do budynku. Prawie nic się w nim nie zmieniło,oprócz tego,że było w nim strasznie cicho. Zanim się jeszcze wyprowadziłam mieszkała tam jeszcze moja starsza siostra i młodszy brat. Siostra,Julia,założyła już własną rodzinę i mieszka w innej części miasta. Mój brat,John,zmarł niespełna półtora roku temu. Chłopak od dziecka chorował na nowotwór. Po jego śmierci wszyscy oddaliliśmy się od siebie,co było głównym powodem mojego wyprowadzenia się do Londynu. Tutaj w domu wszystko mi jego przypominało. Nie mogłam tak dłużej.
Mijały dnie,tygodnie. Minęły już nawet 3 miesiące,a Louis się nie pojawił. Może naprawdę uznał,że nie ma dla naszego związku już ratunku? Może naprawdę się poddał? Zadręczałam się tymi pytaniami za dnia,jak i w nocy,gdy wszyscy domownicy już spali. James rósł. Z każdym dniem coraz bardziej przypominał swojego ojca. Miał cudowne niebieskie tęczówki jak Louis,malinowe usta. Zaczęłam się zastanawiać,czy ojciec Jamesa nie pomyślał przypadkiem,że to ja z niego zrezygnowałam wyjeżdżając z Londynu?
Był piękny,słoneczny dzień. Od samego rana spędzałam go na dworze wspólnie bawiąc się na kocu w ogródku z moim synkiem. Rodzice pojechali na zakupy do Londynu,więc zostaliśmy sami. Zbliżała się już 12 w południe,zabrałam małego i położyłam go spać. Wiedziała,że tato z mamą pojawią się dopiero wieczorem. Dziecko słodko spało. Przymknęłam drzwi do pokoju i zeszłam z laptopem na dół. Ledwo usiadłam na kanapie,a ktoś zadzwonił do drzwi. Przekonana byłam,że to listonosz. Jednak myliłam się...To było Louis. Popatrzyłam na niego,jednak nie odezwałam się ani słowem. Wpuściłam chłopaka do środka budynku,tak,żeby nikt z sąsiadów nie słyszał naszej rozmowy.
- Napijesz się czegoś? - zapytałam kulturalnie
- Może za chwilę jeszcze jakieś plotkowanie mi zaproponujesz?! - rzucił oburzony
- Proszę Cię,nie krzycz. U góry śpi dziecko. Poza tym,chciałam być uprzejma. - starałam się szukać argumentów
- Masz rację...Przepraszam. I teraz i wtedy zachowałem się jak skończony idiota. Pozwoliłem Ci odejść tak zupełnie,bez jakiejkolwiek rozmowy. Strasznie mi teraz głupio. - tłumaczył się
- Daj spokój. Nie rozmawiajmy o tym.
- Więc chcesz o wszystkim zapomnieć? O tym co nas łączyło? O tym,że byliśmy razem? - mówił,a w jego oczach dostrzegłam łzy
- Nie Louis...Tego nie powiedziałam. Kocham Cię,kochałam Cię i będę Cie kochać. Moje uczucie do Ciebie nigdy się nie zmieni. Chociaż nam nie wyszło tak jak chcieliśmy pamiętaj,że możemy zostać przyjaciółmi...
- Tylko przyjaciółmi... - mamrotał cicho pod nosem,żebym tylko nie usłyszała. - W takim razie mam jeszcze jedno pytanie,a co powiesz małemu? Powiesz mu,że jego tata jest Twoim przyjacielem?
- Jeszcze nie wiem. - wzruszyłam ramionami,a moje policzki momentalnie stały się wilgotne.
- Nie płacz. Nigdy nie zasługiwałem na Twoje łzy. - otarł je delikatnie swoją dłonią. Kiedy ta spoczywała na moim policzku,ja złapałam ją i przytrzymałam. Nawiązując tym samym kontakt wzrokowy z brunetem. Wyczytałam z jego oczu,że bardzo żałuje tego co się wydarzyło. Żałuje tych wypowiedzianych słów. I że bardzo chce,abyśmy spróbowali jeszcze raz. Abyśmy spróbowali stworzyć normalną rodzinę. Z moich oczu można było wyczytać to samo. Kąciki ust Louisa uniosły się lekko ku górze,a on rozpromienił się. Chwilę później nasze wargi połączyły się w zmysłowym pocałunku,który przerwał nam płacz dziecka. Oderwaliśmy się od siebie. Już chciałam iść w stronę schodów prowadzących na piętro,kiedy dłoń Louisa powstrzymała mnie. Rzuciłam mu pytające spojrzenie,a chłopak uśmiechnął się ponownie i powiedział :
- Usiądź. Ja do niego pójdę. W końcu tyle czasu się nie widzieliśmy...
Pocałował mnie w policzek i ruszył do pokoju. Po chwili wrzask ucichł,a w salonie pojawił się Louis z Jamesem na rękach. Wyglądali jak dwie krople wody - identyczni. Brunet usiadł z naszym synkiem na kanapie. Jedną rękę podtrzymywał malucha,drugą objął mnie w pasie. Moja głowa spoczęła na jego ramieniu. Spojrzeliśmy sobie najpierw w oczy,a później pokierowaliśmy nasz wzrok na owoc naszej miłości. Z czułością patrzyliśmy jak James zasypia ponownie w ramionach swojego tatusia.
- Od teraz już zawsze będziemy razem. Nic nie jest stanie nam na przeszkodzie abyśmy byli szczęśliwi...Kto wie,może za kilka miesięcy będziesz miał siostrzyczkę? - uśmiechnął się Louis całując mnie w czubek głowy.

Tak jak obiecał byliśmy razem już na zawsze. Ponieważ 3 miesiące później złączeni zostaliśmy w związek małżeński. Najlepszym dowodem na naszą miłość był James i jego jeszcze nienarodzona siostra,Emilie.

13 komentarzy:

  1. To już 200 imagin ! Wydaję mi się, że jest wyjątkowy i wzruszający... Wspaniały <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Też tak myślę Aga, a i dziękuje za dedykację.
    ~Miśkaa

    OdpowiedzUsuń
  3. ten imagin jest taki śliczny

    OdpowiedzUsuń
  4. Ooo... Słodko... Taki wzruszający... I jeszcze z Louisem... Booosko... A kiedy dodasz rozdział na imaginy-o-one-direction-a.blogspot.com ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się,że się podoba,ale to nie jest mój blog :)

      Usuń
  5. Jej ,ale się wzruszyłam ! Piękny masz niesamowity talent ! Oh <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękny, wzruszający, idealny na dwusetkę ;) Plus jeszcze za dedykację :) Masz talent i musisz z niego częściej korzystać!

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny :) Polecam +18 http://imaginewithonedirectionpoland.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Wspaniały !!! :) I zgadzam się z dziewczynami powyżej, jest idealny dla liczby 200...
    Tak trzymaj i nie poddawaj się !! Ja w Ciebie wierze ! ;) ;** ^^

    Pozdrawiam, Asia ;****

    OdpowiedzUsuń
  9. kochany *.*
    Zapraszam do mnie: http://wemakeupthenwebreakupallthetime-1d.blogspot.com/ :3

    OdpowiedzUsuń
  10. Piękne <3
    W wolnych chwilach zapraszam do sb http://niallandpatricia1d.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękny! Jestem pod wielkim wrażeniem. To już 200 imagin to niesamowite! Czytam wasze imaginy od imagina nr 21 :-) xx

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3