sobota, 20 października 2012

Two Hundred Thirty-One

No to następny ^^

+Mam dla was niespodziankę o której niebawem się dowiecie i myślę, że się ucieszycie ^^


Początek +18
__________________________
Wracaliśmy właśnie z kolacji z jego rodzicami, którą stresowałam się przez cały ubiegły tydzień. Wiedział, jaką miałam tremę, z powodu tego spotkania, a jeszcze chamsko sobie ze mnie żartował przy swoich rodzicielach i rodzeństwie. Gdybyśmy byli sami już dawno zostawiłabym go tam i wyszła. Kto wie, może nawet nie wracając. Przez niego cały czas się rumieniłam. Ba! To nawet nie było rumienienie! Ja się tam spalałam ze wstydu. Chłopak jednak nic sobie z tego nie robił. Jego rodzice chyba również, bo byli w stosunku do mnie bardzo mili i nawet pożegnali mnie serdecznie. Jak widać puszczali uwagi swojego syna na mój temat mimo uszu, z czego byłam naprawdę szczęśliwa. Ku mojej uciesze, nadszedł koniec rodzinnego zgromadzenia i nie musiałam więcej udawać, że takie traktowanie mnie przez mojego chłopaka mi nie przeszkadza. Kiedy tylko drzwi od jego rodzinnego domu zamknęły się z lekkim odgłosem mój uśmiech momentalnie zszedł z twarzy, a wstąpił na nią gniew, wymieszany ze złością. W drodze powrotnej nie reagowałam na niego, ani na zaczepki z jego strony. Jego ręka na moim kolanie nie wywoływała już łaskotek, bądź podobnych reakcji. Po prostu byłam wypruta z uczuć do niego. Czułam na sobie jego wzrok, podczas każdego zatrzymania się na czerwonym świetle, jednak ja uparcie wpatrywałam się w obraz za szybą. Po 30 minutach nienagannej ciszy, zrzucając jego dłoń z mojego uda, pospiesznie wysiadłam z samochodu i skierowałam się do naszego mieszkania. Widząc, że on został jeszcze na papierosa, bez chwili wahania zatrzasnęłam drzwi frontowe i przekręciłam zamek. A co jeśli nie zabrał kluczy? A to pech. Teatralnie zasłoniłam usta dłonią i ruszyłam schodami do góry, uśmiechając się pod nosem. Skoro już robię mu na złość, to szkoda kończyć w takiej chwili. Wyszłam na balkon w naszej sypialni i odpaliłam papierosa. Nie palę nałogowo, ale zdarzy się sytuacja, że to zrobię. Skończyłam i wróciłam do środka. Z komody wyciągnęłam mój koronkowy zestaw bielizny. Ciekawe jak pan Malik zareaguje na taki strój, kiedy nie będzie mógł go ze mnie tak łatwo zedrzeć… Czyżby powróciła wredna [T.I.]? Na to wygląda. Usłyszałam kroki na schodach. Cholera, jednak wziął klucze. No nic, przecież mam Plan B. Udawałam, że śpię, ale coś mi chyba nie wyszło. Zayn rozebrał się do bokserek i podniósł kołdrę. Chyba był zaskoczony tym widokiem, bo coś długo pod nią nie wchodził, tylko stał jakby hmm… w osłupieniu. No to połowa planu za nami. Chłopak od razu przysunął się do mnie i zaczął całować moją szyję. Ja leżałam dalej, nie oddając się jego pieszczotom.
-Daj spokój [T.I.]… Ty to robisz specjalnie!- oburzył się, a ja nadal pozostałam niewzruszona- Chodzi ci o te docinki? Proszę Cię, to były tylko wygłupy. Ja wiedziałem, że moi rodzice nawet nie zwrócą na to uwagi. Kochanie… Wiesz, że Cię Kocham- zaczął sunąć dłońmi po moim brzuchu, docierając do piersi. Odwróciłam się do niego przodem i pocałowałam go. Zaczęłam napierać na jego ciało. Moja noga wylądowała tuż przy jego kroczu. Czułam jak jego podniecenie rosło. Zaczekałam chwilę, do punktu kulminacyjnego. Mulat już chciał rozpiąć mój stanik, kiedy ja usiadłam na łóżku śmiejąc się z niego.
-Och, kochanie. Tam jest łazienka, ulżyj sobie- zaśmiałam się na widok jego miny. O mało nie posikałam się ze śmiechu, kiedy on ze zrezygnowaną miną kierował się w stronę wcześniej wspomnianego pomieszczenia. W mig wskoczyłam mu na barana i z powrotem  doprowadziłam na łóżko. Jestem wredna, ale nic na to nie poradzę. Prawda jest taka, że nigdy nie działały na mnie takie zaczepki. Plusy posiadania starszego rodzeństwa. Zdezorientowany chłopak nie wiedział co się wokół niego dzieje, ale to nie był pierwszy ostatni raz tej nocy…
*Tydzień później*
Siedzieliśmy razem w salonie oglądając jakiś nudny program. On- przytulony do mojej piersi, ja- bawiąca się jego kruczoczarnymi włosami, w których o dziwo dzisiaj nie było żelu.
-Chciałbym mieć dziecko- szepnął w pewnym momencie. Omal nie zachłysnęłam się powietrzem- Co ty na to, żebyśmy spróbowali?- uniósł głowę, patrząc w moje oczy. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć.
-Zayn, wiesz, że nigdy nie odmawiam Ci seksu, ale na dziecko nie mogę się zgodzić. Przepraszam, ale to nie Ty będziesz przez 9 miesięcy wyglądał jak balon. Nie Ty nie będziesz mógł pić. I to nie Ty będziesz musiał siedzieć na tyłku tyle czasu. Łatwo się mówi: zróbmy sobie dziecko, a potem to JA będę musiała z nim siedzieć, wstawać w nocy i karmić piersią!
-Przecież wiesz, że bym Ci pomógł. Skoro chcę mieć dziecko, to chyba wiem, na co się godzę!
-Jasne, jestem ciekawa, jak pogodzisz się z tym, że cała uwaga nie będzie już skupiana tylko na Tobie?! Skoro tak bardzo pragniesz mieć dziecko, to proszę idź do innej kobiety, bo ja Ci go nie urodzę!- po tych słowach ruszyłam do naszej sypialni i spakowałam wszystkie moje rzeczy. Następnie zeszłam na dół z walizką i mimo krzyków mojego byłego już chłopaka opuściłam ten dom.
*Miesiąc później*
Obudziłam się w nocy z nagłą potrzebą zwrócenia wszystkiego, co jadłam poprzedniego wieczora. Nie przejęłam się tym zbytnio. Często tak miałam przed okresem. Jednak w przeciągu kilku dni nie dostałam krwawienia. Postanowiłam iść do ginekologa. W sumie to dawno nie robiłam podstawowych badać. Kiedy przyszły wyniki nie byłam już taka pewna. Jednoznacznie ogłoszono mi, że jestem w ciąży. Kiedyś ktoś powiedział mi, że jak się czegoś nie chce-to przychodzi, a jak czegoś pragniemy z całego serca- nie możemy tego dostać. O ironio. Nigdy nie sądziłam, że to spotka akurat mnie. Zostałam z tym sama. Moi rodzice mieszkają w innym kraju, rodzeństwo też. Został mi jedynie Zayn. Pytanie tylko, czy chciałam mu o tym powiedzieć. Jak on by na to zareagował? Najpierw nie chciałam dziecka, a teraz co? Przychodzę do niego z tekstem: „Hej, Zayn. Wybacz, byłam głupia, że nie chciałam być matką Twojego dziecka. Wiesz co, zmieniłam zdanie. Jestem w ciąży, cieszysz się?” Na większą idiotkę nie mogłabym wyjść. Na razie nie mam odwagi, żeby pokazać się mu na oczy.
*Pół roku później*
Brzuszek jest już pokaźnych rozmiarów. Długo zbierałam się w sobie, aby iść do ojca mojego dziecka. Zdecydowałam, że co ma być to będzie. Być może przyjmie mnie z powrotem? Oby. Ja go wciąż Kocham. Każdego dnia o nim myślałam. Nawet zanim dowiedziałam się o stworzonku rozwijającym się pod moim sercem. Teraz stoję przed drzwiami niegdyś naszego domu i boję się zapukać. Nadeszła chwila prawdy. Energicznie uderzyłam w ciemne, prawi czarne drzwi i czekałam, aż ktoś mi je otworzy. Po niecałej minucie w drzwiach stanął Mulat. Chyba był lekko zdziwiony moim widokiem, bo jabłko, którego kęs właśnie miał wylądować w jego ustach, zatrzymało się w drodze do nich.
-Hej- powiedziałam cicho- Zdaje się, że mam coś Twojego- popatrzyłam wymownie na mój brzuch. On dalej stał jak wryty- Coś nie tak?- teraz jakby się ocknął.
-Wybacz [T.I.]. Jesteś  pewna, że ono jest moje?
-Chyba wiem z kim spałam- wywróciłam oczami- Mogę wejść. Czy może już odwidziała Ci się wizja bycia tatusiem?- zaśmiałam się ze swoich słów.
-Wiesz, chyba masz rację. Już nie chcę dziecka. Poradzilibyśmy sobie bez niego. Skąd mam wiedzieć, że ono jest moje?  Że po naszej ostrej wymianie zdań nie poszłaś się kimś pocieszyć?
-Ty sobie chyba kpisz! Nie wiedziałam, że uważasz mnie za dziwkę! Dzięki za wsparcie. Cieszę się, że nie zgodziłam się wtedy, by zajść z Tobą w ciążę! Od początku wiedziałam, że nie sprawdzisz się w roli ojca! Mam nadzieję, że nie do zobaczenia- odwróciłam się na pięcie i ruszyłam na przystanek autobusowy. Nie, nie płakałam. Nigdy nie potrafiłam przez kogoś płakać. A już na pewno przez takiego dupka, jakim był Malik. Następnego dnia nie czułam się najlepiej, ale dobrze się składało, bo miałam właśnie wizytę u mojego lekarza prowadzącego. Niestety nie miał on dla mnie dobrych wieści.
-Pani [T.I.], z przykrością muszę panią powiadomić, że pani ciąża jest zagrożona. Może to być spowodowane stresem, ale również chorobą, na którą jest pani chora.
-Przepraszam, ale ja nie jestem na nic chora- wtrąciłam.
-Ma pani bardzo rzadką chorobę, a przy ciąży może ona nawet spowodować śmierć….- dalej nic nie słyszałam. Wydaje mi się, że zemdlałam. Potwierdzeniem mojej teorii było to, że obudziłam się w szpitalnej sali. Na szczęście po kilku dniach mnie stamtąd wypuścili. Musiałam pomyśleć o ewentualności  mojej śmierci. Co się wtedy stanie z moim dzieckiem. Postanowiłam, że napisze list. Konkretnie do Zayna. Poproszę go w nim, o zajęcie się małą. Tak, znam już płeć. Dziewczynka będzie miała na imię Clara. Jeżeli ojciec dziecka, nie będzie chciał się nią zaopiekować, nakażę mu, aby poleciał do moich rodziców i oddał im ją. Bez dłuższej chwili zastanowienia zaczęłam pisać starannym pismem kilka słów.
*Dzień porodu*
W nocy dostałam bardzo silnych skurczy. Momentalnie zadzwoniłam po pogotowie, które w mgnieniu oka przyjechało do mojego mieszkania i zabrało mnie i moje rzeczy. W mojej torbie schowane miałam ciuchy, a także list, który napisałam niespełna kilka miesięcy temu. Tak na wszelki wypadek. Trochę bolała mnie myśl, że tuż po urodzeniu mojego maleństwa, będę musiała je opuścić. Mam tylko cichą nadzieję, że po śmierci stanę się jej aniołem i będę nad nią czuwała oraz, że moje dziecko będzie mieszkało w szczęśliwym domu. Po przewiezieniu mnie do szpitala od razu trafiłam na porodówkę. To było dla mnie straszne. Czułam jakbym miała urodzić wszystkie moje wnętrzności. To było zbyt silne dla mnie uczucie. Jak dziewczyna, która ma niespełna 1,60m i waży niecałe 50kg, może sobie poradzić? Po chwili silnego parcia usłyszałam płacz dziecka. Mimowolnie uśmiechnęłam się, choć przyszło mi to z niemałym wysiłkiem. Nagle poczułam jak wszystko wokół mnie dzieje się w spowolnionym tempie. Lekarze i pielęgniarki biegali po sali krzycząc. Spoglądałam na nich lekko z góry, aż w końcu całkowicie zniknęli z pola mojego widzenia. Ostatnie co widziałam, to śliczna mała dziewczynka, która była otoczona sztabem położnych. Pomachałam do niej, a na jej małej twarzyczce pojawił się cień uśmiechu.
*Perspektywa Zayna*
-Dzień dobry. Tutaj Meredith Debly. Dzwonię ze szpitala św. Rity. Proszę o jak najszybsze stawienie się na miejscu- nie zdążyłem nawet o nic więcej zapytać, bo kobieta rozłączyła się. Myślałem, że może ktoś z mojej rodziny miał wypadek i tam się znalazł. Nie rozmyślając dłużej zarzuciłem na siebie płaszcz i wyszedłem z domu. Po 15 minutach byłem na miejscu. W recepcji podałem swoje nazwisko, a już po chwili przyszedł po mnie lekarz, prowadząc do swojego gabinetu. Nie wiedziałem o co chodzi. Może ktoś by mnie w końcu uświadomił?
-Czy znał pan może [T.I. i T.N.]?- kiwnąłem potwierdzająco głową, więc lekarz kontynuował- Ona nie żyje- w tej chwili nic do mnie nie docierało- Zostawiła do pana list. Zostawię pana tutaj, a jak pan skończy, będę prawdopodobnie na korytarzu. Proszę mnie powiadomić- skinąłem po raz kolejny nieznacznie głową i odebrałem od mężczyzny w białym fartuchu kopertę, na której widniało moje imię, nazwisko, a także numer telefonu. Niepewnie otworzyłem list i wyciągnąłem z niego zieloną kartkę papieru. Mogłem się domyślić, [T.I] kochała ten kolor. Papier pachniał lawendą, zupełnie tak jak ona. Nie zwlekałem dłużej, a jedynie przystąpiłem do lektury.
„Zayn,
Przepraszam, że nie powiedziałam Ci tego osobiście. O mojej chorobie dowiedziałam się, dzień po tym, jak u Ciebie byłam. Nie chciała zawracać Ci głowy. Wiedz, że nigdy Cię nie zdradziłam. To dziecko jest Twoje. Ono nie jest niczemu winne. Przepraszam od razu, że w rubryce z danymi ojca dziecka kazałam zapisać Twoje dane.  Możesz się wyrzec Clary. Tylko proszę Cię, niech trafi ona w dobre ręce. Wiem, że za dużo tych próśb, ale troszczę się o moje… to znaczy nasze dziecko. Chcę mu zapewnić dobrą przyszłoś, nawet jeśli mnie już nie ma na ziemi. Tak więc, jeśli postanowisz oddać nasze dziecko, poleć z nią do moich rodziców i przekaż im ten list, który teraz czytasz, wraz z maleństwem. Jeśli będziesz chciał ją zatrzymać, możesz się upewnić, że jest ona Twoją córką, wystarczy popatrzeć choćby na jej kolor skóry. Po mnie na pewno go nie odziedziczyła, bo przecież wiesz, jaka jestem… to znaczy byłam blada. Gdyby Ci to nie wystarczało, możesz zrobić małej test DNA. Wybór należy do Ciebie. Nawet nie wiesz, jak ciężko jest mi to pisać. Jeślibym żyła, wierz, że nie zawracałabym  Ci tym głowy. Jednak los chciał inaczej. Nie przestałam Cię kochać. Będę opiekować się tak Tobą, jak i Clarą. Tam z góry, albo nawet z dołu. Wiedz, że nigdy Was nie opuszczę.
                                                                                                                                             [T.I.]”
Łzy pociekły po moich policzkach. To chyba oczywiste, że nie zostawię naszego dziecka. Boże, jak to pięknie brzmi. Mam następczynie [T.I.] przy sobie.  Odnalazłem lekarza, a on zaprowadził mnie pod salę, gdzie były same inkubatory i pokazał mi moje maleństwo. Faktycznie. Clara miała ciemniejszą skórę niż pozostałe dzieci, ale oczy miała po swojej matce- niebieskie. Myślę, że one będą mi o niej przypominać. Ja też nigdy nie przestałem jej kochać. Jestem na siebie wściekły. To przeze mnie ona teraz nie żyje. Zrobiłem to świadomie. Po tej kolacji u moich rodziców nie użyłem prezerwatywy, a [T.I.] chyba tego nie zauważyła. To wszystko moja wina. Najchętniej bym do niej dołączył, ale musze tutaj zostać dla Clary. To moja nadzieja na lepsze jutro…

5 komentarzy:

  1. Popłakałam się.. ten imagin jest cudowny.. :)

    Zapraszam :
    http://my-imagines-one-direction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Cały imagin świetny, ale końcówka - ładnie napisana, ale nie lubię gdy ktoś na końcu umiera

    OdpowiedzUsuń
  3. O matko ten imagin jest na prawde niesamowity,popłakałam się.WSPANIAŁY !

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3