czwartek, 4 kwietnia 2013

Four Hundred Four

Hej. Wita Was Wasza zła, wredna i bezwzględna Ollie/knyycio.
Jak już pewnie zauważyliście, wróciła do nas Eliza. Teraz wszyscy wykonujemy taniec szczęścia! Może uda się sprostać Waszym skrajnym wymaganiom? Oczywiście żartuję. Nie linczujcie mnie, jak ostatnio. Proszę.
Już ponad czterysta imaginów. A przybyłam tu, gdy było jakiej sześćdziesiąt. Chyba mija rok!
Możecie sobie do imagina wybrać chłopaka, ja jednak pisałam z myślą o Harrym, tak jak to mam w zwyczaju. Takie zboczenie. Cóż... Miłej lektury.
     Ostatnio wypadł mi z szafki stary album. Wiesz, jak to u mnie z porządkami w półkach. I wzięłam go do rąk i nawet nie szukałam sobie nawet wygodnej kanapy, fotela, czy chociażby poduszki, by się rozsiąść i oglądać zdjęcia - usiadłam na podłodze przy kaloryferze.
     Album wybieraliśmy razem. Spośród wielu, które stały w równym rządku na sklepowej półce, ty wybrałeś ten różowy z rysunkiem dwóch białych kotów. A ja się zgodziłam. Wybraliśmy go razem, prawda? A potem razem go zapełnialiśmy. Wieczorami siadaliśmy na podłodze w twoim salonie i spośród sterty zdjęć robionych w każdym możliwym momencie, wybieraliśmy te, które chcieliśmy w nim umieścić. Zawsze kończyło się na tym, że nie mogliśmy się zdecydować, bo woleliśmy się śmiać nawzajem ze swoich min.Wrzucaliśmy te zdjęcia na oślep między przygródki. Czasami po dwa w jednej kieszonce, trochę krzywo. Nie miało to dla nas znaczenia. Liczyło się tylko to, że robiliśmy coś razem, jak prawdziwi przyjaciele, jak równy z równym. Że mieliśmy ten nasz prywatny zakątek, krótką chwilę na bycie przyjaciółmi.
     A pamiętasz, jak przyjeżdżałeś po mnie w sobotnie poranki i jeździliśmy do Richmond? Dobrze wiedziałeś, że uwielbiam to miejsce. I kiedy spacerowaliśmy brukowanymi uliczkami milcząc. Myśleliśmy, że nikt nie wie, że tu jesteśmy. I kiedy stawaliśmy na brzegu tej rzeki, której nazwy nigdy nie pamiętaliśmy, słuchając jej uspokajającego szumu. Stawałam zawsze bardzo blisko ciebie, aby położyć ci głowę na ramieniu, aby zmusić cię, abyś mnie objął. Wtedy było mi najlepiej. Najprzyjemniej, najcieplej, najbezpieczniej mój przyjacielu. A potem szliśmy dalej tą drogą przez las, aż stęsknił nam się widok angielskich domów. Nigdy nie potrafiłeś pojąć, dlaczego tak bardzo mi się podobały? Dlaczego tak lubiłam chodzić drogami pomiędzy ogrodzonymi kamiennymi murkami polami? I nie zrozumiałbyś gdybym ci wytłumaczyła. Wieczorami graliśmy w krykieta w miejscowym klubie. Przegrywałam za każdym razem. I za każdym razem rzucałam wściekła tym głupim kijem, gdy zawaliłam uderzenie. A ty śmiałeś się ze mnie, chwytałeś kule do ręki i żonglowałeś nimi tak długo, aż nie zaczęłam się znowu śmiać. Tańczyłeś przy tym, śpiewałeś, odwalałeś totalne błazenaty tylko po to, aby zmieni wyraz twarzy. Czasami, aż robiło mi się ciebie żal, że musisz znosić mnie i moje humory, ale jesteś moim przyjacielem.
     Zawsze zatrzymywaliśmy w Pottergate House. Od pierwszego przyjazdu, gdy mijaliśmy ten hotelik zapowiedziałam ci, że tam spędzimy noc. Spytałeś dlaczego, a ja się tylko roześmiałam. Była to normalna kobieca reakcja na coś ładnego. Podobały mi się białe drzwi z dwiema kolumienkami, duże białe okna, firanki i kwiaty stojące na parapetach. Ale chociaż tego nie wiedziałeś to się zgodziłeś i wedle obietnicy po nieszczęsnym krykiecie zawitaliśmy do Pottergate. Okazało się, że do tutejszej szkoły przyjechali studenci z wymiany i zakwaterowano ich właśnie w tym hoteliku, więc został im tylko jeden wolny pokój. Na dodatek tak zwany: małżeński. Wymieniliśmy tylko spojrzenia. Zgodziliśmy się, przecież wiesz! Byłeś tam i spałeś ze mną w jednym łóżku. A to łóżko miało taką śliczną pościel w malowane róże. I nawet tego sobie nie wyobrażasz, jak to było spać w twoich objęciach pod różaną pościelą. Po tym, jak ją spotkałeś też.
     Którejś jesieni nie chciałam wychodzić z mieszkania. To było po tym, jak spadłam z krzesła podczas mycia żyrandolu. Byłeś wtedy ze mną, bo kazałam ci mnie asekurować, ale dla ciebie ważniejsze były wiadomości, które od niej dostawałeś. Nawet nie zdążyłam nic krzyknąć, a runęłam na podłogę. Oderwałeś łaskawie głowę od telefonu i zawiozłeś na pogotowie. Wróciłam do domu z plastrami nad lewą skronią. Pamiętasz, jak płakałeś dwa dni, że to twoja wina? Przesiedziałam je z tobą tłumacząc ci, jak matka małemu dziecku, że to co się stanie już się nie odstanie. Po tygodniu zdjęli mi te plasterki i było po sprawie. Została tylko mała, ledwo widoczna blizna, a ty panikowałeś przyjacielu. Co będzie, jak twoja żona zacznie rodzić? Też powiesz, że to twoja wina?
     Ruszać się z mieszkania nie chciałam, bo prześladowały mnie twoje fanki. Napastowały mnie na każdym kroku, a to wyzywając, a to życząc powodzenia w związku. Wydaje mi się to śmieszne, ale naprawdę się przestraszyłam. I wtedy pojawiłeś się ty. Na siłę wyciągałeś mnie na spacer, głupią kawę... Na jednym z tych spacerów zrobiłeś mi zdjęcie, które właśnie mam przed sobą. Gdy stoję z rozwianymi włosami i patrzę na zachodzące słońce nad brzegiem Tamizy. A zaraz po nim kolejne, gdzie stoimy razem. Uśmiechnięci przed aparatem. A potem kolejne, które na długo zburzyło to co między nami było. Tak, mam na myśli te, przedstawiające nas całujących się. Nie wiem, jak to się mogło stać. W jednej chwili z najlepszych przyjaciół staliśmy się kochankami. A za ten czas ona już była w twoim życiu.
     Dzisiaj jest ten dzień, na który czekałeś całe życie. Bierzesz ślub. Z nią. Włożysz specjalnie kupiony garnitur i jakąś kolorową muchę. A ona będzie ubrana w piękną, białą suknię z najwspanialszych materiałów świata. Wyjdzie do ciebie razem z ojcem. Pewnie będzie się denerwować, ale uśmiech nie zniknie z jej twarzy. Możesz być tego pewien. W ręce będzie ściskać jakiś bukiet. Nie wiem jaki, ale pewno piękny. I gdy już zatrzyma się przy tobie i spojrzycie sobie prosto w oczy pełni szczęścia, pocałujecie się ostatni raz, jak narzeczeni, aby po założeniu obrączek i złożeniu przysięgi pocałować się jako małżonkowie. A ja wtedy będę stała gdzieś z tyłu i klaskać najgłośniej, jak potrafię i cieszyć się twoim szczęściem, które będziesz ściskał za rękę, gdy ruszycie na zabawę.
     A jeśli mnie tam nie zobaczysz to znaczy, że płaczę gdzieś po cichu po stracie przyjaciela.
Na zawsze twoja
[podpisz się tu dziecino]
     Tak się składa, że Harry zawsze miał problem z niespodziankami. Trudno było mu powstrzymać się, zaczekać z przeczytaniem listu, jak prosiła. Otwarł go tuż przed ceremonią. Tuż przed wyjściem przed ołtarz. Też nie szukał sobie wygodnego miejsca, rozsiadł się na podłodze. Miał w nosie, że brudzi spodnie, że zaraz ma przecież żenić się. Rozdarł błękitną kopertę i przeczytał jej list.
- Jesteś co do tego pewny? - spytał Louis, który wraz z Stylesem wychylił się z zakrystii. I on ubrany był w idealnie skrojony garnitur, dobrze dobraną koszulę.
- Tak Lou. - odparł przygryzając dolną wargę i ostatni raz wytężając wzrok. - Nie ma jej.
- Co w takim razie zamierzasz zrobić?
- Muszę jej szukać. - powiedział, stanąwszy prosto. Spotkał się z zrezygnowanym spojrzeniem przyjaciela.
- Zostawisz całą ceremonię. - westchnął Tomlinson wskazując głową wyjście na ołtarz znajdujące się za nimi. - Co mam powiedzieć tym ludziom? Tarze?
- Coś wymyślisz Louis, a Tara zrozumie. - Harry poklepał kumpla po ramieniu i uśmiechnął się pokrzepiająco.
- Obyś miał rację. - dodał sam do siebie Lou, gdy został już sam.
     Zawsze dziwiło Stylesa, że ona tak bardzo bała się chodzić po cmentarzach. Jakiego widoku doznał, gdy tylko zamknął za sobą drzwi kościelnej zakrystii? Łatwo się domyślić. Jej przechadzającej się między kamiennymi nagrobkami. Ubrana była w czarną sukienkę, buty tego samego koloru trzymała w ręce. Wariatka. Ona. Podbiegł do niej. Obrócił gwałtownie w swoją stronę i zamknął w ramionach. Przyległa do niego, czując ból płynący z jego małego serduszka. Przyłożył usta do jej odkrytego ramienia. Czuł zapach jej skóry. Uważał, że nie potrzebuje perfum, że sama woń dziewczęcej skóry jest i tak zbyt pociągający, by skrapiać ją perfumami.
- Czytałeś mój list, tak? - szepnęła, mimo iż okropny ból ściskał jej gardło. Harry odmruknął. Nie chciał jej puszczać. Wiedział, że jeśli to zrobi to ona odejdzie. 
- Zostań. - poprosił podnosząc na moment głowę.
- Nie chcę na to patrzeć. - odpowiedziała.
- Zostań ze mną. - spojrzał jej w oczy. Czerwone, szczypiące oczy. - Zostań jako ukochana, proszę.

9 komentarzy:

  1. Czy Ty , moja droga zdajesz sobie sprawę z tego jak bardzo uwielbiam Ciebe i Twoje opowiadania publikowane na tym znakomitym blogu? Zazdroszczę Ci talentu pisania takich wspaniałości. Niby taki prost, z życia wzięty, a taki piekny i pełen uczuć.
    Kocham,
    Vics xx

    OdpowiedzUsuń
  2. jeju cudowny <3
    i to zdjęcie na koniec :3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ollie, pewnie że to Twój, co przeciez Ty nie lubisz pisac dialogów ;) ale bardzo ładny imagin,a Harry mysle że idelanie tu pasuje :)
    xxx

    Klaudia CityLondon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wróciła jedna- a juz tak wiele imaginów napisano xD
      i nie jestes wredna Ollie, tylko mówisz prawde ;)


      K.CL

      Usuń
    2. tak, prawda i tylko prawda xD

      K.CL

      Usuń
  4. Jejuśku <33 najlepszy imagin ever !
    Jest taki cudowny, masz talent :33

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje słowa nie opiszą tego co czuję...
    Tej imagin jest piękny i bardzo piękne zdjęcie <3
    Zazdroszczę talentu

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3