niedziela, 26 maja 2013

Four Hundred Seventy - Five


                                                           piosenka
Wróciłam do domu po ośmiu godzinach pracy. Jedyne o czym teraz marzyłam do długa, gorąca kąpiel. A później? Później film z lampką czerwonego wina w dłoni. No tak, marzenia. Moje niby proste, nieskomplikowane, a jednak tak bardzo nierealne, gdyż z mojej torebki usłyszeć można było dźwięk dzwoniącego telefonu. Wyszeptałam wulgaryzm pod nosem. Ponownie skierowałam się do przedpokoju, gdzie zostawiłam torebkę. Wyszukałam w niej komórkę i sprawdzając kto dzwoni, odebrałam.
- Tak Harry? - zapytałam, głośno przy tym wzdychając
- (T.I.) jesteś już w domu? Jeśli tak, przyjeżdżaj szybko do szpitala. Zaczęło się. - mówił szybko
- Oczywiście, zaraz będę. Czekaj na mnie przy wejściu, dobrze?
- Pospiesz się. - odpowiedział i rozłączył się
Momentalnie przestałam odczuwać zmęczenie. Pospiesznie wyszłam z domu i ruszyłam samochodem w kierunku szpitala. Po kilku minutach byłam już na miejscu. Zaparkowałam i pobiegłam w stronę wejścia do gigantycznego budynku. Przed drzwiami zauważyłam nerwowo chodzącego w kółko Styles'a, który już na mnie czekał. Przyspieszyłam kroku, więc zaraz znalazłam się obok niego.
- Nareszcie jesteś. - przytulił mnie na powitanie. - Już myślałem, że mój telefon Cię zestresował i doszło do jakiegoś wypadku.
- Całe szczęście nie. - widziałam jak odetchnął z ulgą. - Co z Danielle?
- Od pół godziny jest na porodówce, Liam jest z nią. Z tego co udało nam się wyciągnąć od lekarzy nie jest dobrze, jednak trzeba być dobrej myśli. - wytłumaczył mi, kiedy wchodziliśmy do windy
Wyjechaliśmy w milczeniu na dziewiąte piętro, a gdy znaleźliśmy się na odpowiednim korytarzu zauważyłam siedzących, bądź nerwowo stawiających kroki przyjaciół oraz rodziców Liama i Danielle.
Sekundy stawały się dla nas minutami, a minuty godzinami. Nikt nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Nikt nic nie mówił. Każdy czekał jakby na wyrok, który zbliżał się nie ubłagalnie. Co jakiś czas do pomieszczenia, w którym byli nasi przyjaciele wchodził lekarz lub pielęgniarka. Równie często, ktoś opuszczał to miejsce. Po kilku godzinach czekania, wszyscy byliśmy na skraju nerwów. Nagle drzwi się otworzyły. Każdy z nas podniósł swój wzrok w ich kierunku. Wyszedł Liam. Miał podpuchnięte od płaczu oczy, a łzy nadal się w nich zbierały i wylewały spod powiek.
- Danielle...ona... - nie dokończył, bo kolejna fala słonych łez spłynęła po jego twarzy. Nie próbował ich powstrzymać, dawał im wolną drogę. I chociaż nie dokończył tego co miał zamiar powiedzieć, wszyscy doskonale wiedzieli o co chodzi. Nikt nie krył swoich emocji. W końcu przed kilkoma minutami zmarła narzeczona, a za razem matka dziecka Liama. Od razu podeszła do niego mama i zaczęła przytulać, następnie rodzicielka Dan, później ojcowie i chłopcy. Ja zostałam na końcu. Stanęłam przed wysokim szatynem, a ten schylił się, mocno się do mnie przytulił, a swoją zapłakaną twarz schował w moich długich włosach. Panowała między nami cisza. Zaczęłam pocierać swoimi dłońmi o plecy Payne'a w geście dodania mu choć trochę otuchy.
- Przepraszam, że przeszkadzam państwu... - przerwał lekarz, który odbierał poród Danielle. - Pana dziecko przeżyło, czy chciałby je pan zobaczyć?
- Oczywiście. - odparł ocierając łzy. - (T.I.). - zwrócił się do mnie. - Błagam Cię, chodź tam ze mną. Ja tylko przytaknęłam i weszłam na salę tuż za Liamem. Minęliśmy troje drzwi, aż wreszcie trafiliśmy do pomieszczenia, gdzie była położna z dzieckiem moich przyjaciół.
- Niech pan uważa na główkę. - powiedziała pielęgniarka, kiedy podawała szatynowi dziecko. - To śliczny, zdrowy chłopiec.
- James... Będziesz miał na imię James. Tak chciała Twoja mamusia. - zwrócił się do dziecka szeptem, jednak ja, stojąca w odległości pięciu metrów bez najmniejszego problemu usłyszałam te słowa, jak również i kolejne. - Widzisz synku, zostaliśmy sami.
- Pana syn waży 3550 gramów i mierzy 53 centymetry. Jeżeli nie wystąpią żadne powikłania, będzie mógł pan go zabrać ze szpitala za cztery dni. - podszedł do Liama lekarz przeglądając kartotekę. - Przepraszam, że się wtrącam, ale mam dla pana pocieszenie, praktycznie codziennie wypisujemy noworodki, którymi zaopiekują się tylko ojcowie. Dlatego da pan sobie radę. Jednak, gdyby było inaczej, przy wypisie otrzyma pan kilka ulotek dotyczących adopcji, która mam nadzieję, będzie ostatecznością.
- Dziękuję. - odpowiedział, łudząc się przy tym na delikatny uśmiech.
*
Minął już tydzień. Cztery dni temu odbył się pogrzeb Danielle, z którą wszyscy byliśmy bardzo zżyci. Natomiast dwa dni temu, Liam zabrał do domu Jamesa. Chłopak doskonale wiedział, że w każdej chwili może do mnie zadzwonić, a ja przyjadę. Nawet w środku nocy.
Wydawać by się mogło, że szatyn ze wszystkim dawał sobie świetnie radę, jednak gdy nikt nie patrzył i zostawał z noworodkiem sam, zaczynał płakać razem z nim. Nie dzwonił do mnie z prośbą o pomoc, gdyż jak twierdził, nie chciał sprawiać mi zbędnych kłopotów i kolejnych obowiązków względem jego i dziecka. Codziennie po pracy wpadałam na chwilę, aby sprawdzić co u moich przyjaciół.
Po upływie równych trzech tygodni od narodzin Jamesa, pod namową Liama nie odwiedziłam ich. Chłopak wcisnął mi kit, że mam swoje życie i nie mogę ciągle tkwić w miejscu, gdzie zostali przyjaciele, a powinnam raczej ruszyć do przodu sama. Ja jednak nie potrafiłam tak zupełnie o wszystkim zapomnieć.
Siedząc wieczorem w salonie i oglądając ulubiony serial telewizyjny, na który kompletnie nie zwracałam uwagi, myślałam o Liamie i Jamesie – dwóch najważniejszych w moim życiu osobach. Wiem, że brzmi to co najmniej śmiesznie, ale taka jest prawda. Na kilka dni przed śmiercią Danielle, obiecałam dziewczynie, że jeśli cokolwiek jej się stanie, pomogę Liamowi. Jak obiecałam, tak też robiłam. Już sięgałam rękę do barku po butelkę wina, kiedy w pomieszczeniu rozległ się odgłos dzwoniącego telefonu. Westchnęłam głośno, po czym bez patrzenia, kto próbuje się ze mną skontaktować, wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- (T.I.) wiem, że dzwonię o późnej porze... - usłyszałam zrozpaczony głos Payne'a, a w tle płacz Jamesa. - Mogłabyś przyjechać? Nie radzę sobie z dzieckiem, błagam pomóż...
- Liam uspokój się. Daj mi tylko kilka minut, a będę u Ciebie. - mówiłam w pośpiechu udając się do sypialni.
*
Wpadłam do domu przyjaciół drzwiami głównymi, otwartymi przez Nialla. Nim Irlandczyk zdążył się zorientować co się dzieje, ja odwieszałam w przedpokoju moją czarną marynarkę. Spojrzałam tylko na niego. Bez używania jakichkolwiek słów, pobiegłam schodami na górę, do pokoju, który należał do Liama.
Weszłam do pomieszczenia bez pukania, gdyż od drzwi wejściowych, znajdujących się piętro niżej słychać było płacz dziecka. Po przekroczeniu progu, dostrzegłam plecy, siedzącego w półmroku i opartego o ramę łóżeczka dziecięcego, szatyna. Na miękkim materacu, leżał płaczący synek przyjaciela. On jednak tylko na niego patrzył z czułością i płakał razem z nim.
Podeszłam bliżej, wyciągając z łóżeczka noworodka, opatuliłam go moimi ramionami i zaczęłam się delikatnie kołysać, aby uspokoić małego. Liam patrzył na naszą dwójkę, jednocześnie zaczynając płakać jeszcze żałośniej. Po kilku minutach James się uspokoił, jednak nie położyłam go ponownie do łóżeczka. Trzymając noworodka na rękach, stanęłam obok szatyna i położyłam jedną dłoń na jego ramieniu, delikatnie nią pocierając.
- Zobaczysz...wszystko będzie dobrze...ja Wam pomogę. - szeptałam patrząc to na dziecko, to na przyjaciela
- Dziękuję. - odpowiedział równie cicho, aby nie obudzić synka
*
-Liam, ja w dalszym ciągu uważam, że nie powinnam tam z Tobą jechać. - marudziłam siedząc na tylnym siedzeniu razem z niemowlakiem w samochodzie Payne'a
- A ja w dalszym ciągu uważam, że się mylisz. Wspólny wyjazd do Wolverhampton, do moich rodziców całej naszej trójce dobrze zrobi. Zostaniemy tam kilka dni, a w międzyczasie pokażę Ci wiele cudownych miejsc, do których Danielle zawsze chciała się wybrać.
Od jej śmierci minęły już trzy miesiące. Liam w tym czasie ułożył sobie życie na nowo. W prawdzie nie związał się z żadną kobietą, gdyż całym jego życiem jest James – mała kopia Liama. Ja natomiast przeprowadziłam się do domu chłopaków. Z wielkim zaangażowaniem opiekowałam się małym Payne'em i nadal to robię.
Aktualnie cała nasza trójka jest w drodze do rodzinnego miasta Liama. Zostaliśmy zaproszeni tam przez jego rodziców. Chłopak uparł się, że i ja powinnam pojechać razem z nimi. Nie do końca jednak przekonana, zgodziłam się.
Po przepysznym obiedzie, jaki ugotowała Pani Payne, Liam zaprosił mnie na spacer po okolicy. Z racji pięknej i kolorowej aury jesiennej, wybraliśmy się do parku. Szliśmy ramię w ramię, wspólnie pchając przed sobą wózek ze śpiącym niemowlakiem, poruszaliśmy wszelkie możliwe tematy. Mając wzgląd na to, że po raz pierwszy jestem w Wolverhampton, mój przyjaciel miał pole do popisu, gdyż opowiadał mi o mieście, tak samo jak o jego dzieciństwie tutaj. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Od trzech miesięcy, czyli od śmierci Danielle widziałam Liama w takim stanie. Takiego szczęśliwego, uśmiechniętego, wesołego, korzystającego z życia. W duchu cieszyłam się, że wrócił stary Payne.
Zatrzymaliśmy się pod olbrzymim dębem, którego zdobiły pomarańczowe liście. Rozglądałam się dookoła, jakbym starała się wyszukać w tym cudownym krajobrazie najmniejsze detale. Liam przyglądał mi się z uwagą, a pod nosem delikatnie uśmiechał. Zapatrzona w różnokolorowe drzewa, poczułam na moich biodrach dłonie przyjaciela. Mimowolnie mocniej złapałam się wózka, a Payne jeszcze bardziej przylgnął swoim ciałem do mojego.
- Danielle, ona zawsze marzyła, abym ją tutaj zabrał, tak jak dzisiaj Ciebie. - wyszeptał tuż obok mojego ucha. Odwróciłam się do szatyna przodem i starłam jego łzy.
- Liam... przecież już wychodzisz na prostą. Jeszcze tylko trochę czasu minie i już nie będziesz potrzebował mojej pomocy, bo dasz sobie ze wszystkim świetnie radę sam. - uśmiechnęłam się do brązowookiego, aby dodać mu tym gestem otuchy
- Tak się składa, że uzależniłem się już od Ciebie, Twojej pomocy, Twojej obecności, tego, że w każdej chwili mogę na Ciebie liczyć, możemy porozmawiać... - kurczowo ściskając moje chłodne dłonie, uklękną na jedno kolano, puścił mnie, a z kieszeni wyciągnął czerwone, wykonane z zamszu pudełko w kształcie serca. Otworzył je, a moim oczom ukazał się śliczny pierścionek. - Wiem, że Danielle pragnęłaby, żebym był szczęśliwy i dopinguje mnie w tym wszystkim, dlatego chciałbym abyś została moją żoną. To co się zdarzyło na przełomie ostatnich trzech miesięcy dało mi wiele do myślenia. Chcę, żeby James miał taką cudowną matkę, jaką byłaś dla niego w ciągu ostatnich 90 dni. Sam również chcę ułożyć sobie życie i być szczęśliwym. Wiem, że tylko Ty możesz dać mi to szczęście. Być może uznasz mnie za idiotę, ale i tak zapytam, (T.I.) zgodzisz się wyjść za mnie? Nie musimy brać ślubu od razu, ale...
- Tak Liam, zgadzam się. - przerwałam mu, szatyn rozpromienił się i wsunął na mój palec pierścionek zaręczynowy, a następnie delikatnie, z niewyobrażalną czułością pocałował mnie
- Kocham Cię... - powiedział, kiedy wracaliśmy już do domu jego rodziców
- Kocham Was... - wtuliłam się mocniej w jego ciało, spoglądając przy tym jak twarz Liama jest rozświetlana przez uśmiech.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Doskonale zdaję sobie sprawę, że rzadko dodaję jakiekolwiek imaginy. Ostatnio zajęta byłam poprawianiem ocen, więc nie miałam najmniejszej ochoty na nauke, co było koniecznością, a tym bardziej pisanie. Teraz będę miała luz w szkole, dlatego w miarę możliwości postaram się napisać coś.
Pod moim ostatnim postem pojawiło się kilka propozycji, żebym napisała jego kontynuację. Niestety nie napiszę drugiej części, ponieważ chciałam żeby był on tajmeniczy. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mieć o to pretensji. Jakby nie było, to nawet nie mam na niego pomysłu.
Jak zwykle motywuję do komentowania i proszę, abyście dodawali swoje pomysły na imaginy w komentarzach podstrony ''POMYSŁY''. 

6 komentarzy:

  1. jest cudny, popłakałam sie mega, ale chyba tutaj o to chodziło ;)

    K.CL

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny *-*
    Nie wiem czemu, ale myślę, że pisząc go tak trochę wzorowałaś się na teledysku Nickelback - Lullaby :)) I to właśnie tego słuchałam, czytając to. Efekt - nieziemski. Taki jak imagin :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne !zapraszam do mnie :3
    najlepszepolskieimaginyonedirection.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Aaaa, nieziemski ! Wzruszający i wgl wspaniały !! ;D
    wiedziałąm że coś poskladsz i wyjdzie takie cudo :) kończe te pozostałe i dodwaj ;D ^^

    Pozdrawiam ;**

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3