poniedziałek, 17 czerwca 2013

Five Hundred Four

- Czyli tak. Restauracja jest gotowa, goście za chwilę zaczną przyjeżdżać, tak? – usłyszałam fragment rozmowy mojej siostry, która chwilę później opuściła nasz hotelowy pokój.
Restauracja, goście, Nowy Jork. Tak. To właśnie tutaj, jutro wezmę ślub. Zostanę mężatką. W wieku 20 lat. Dlaczego teraz? Dlaczego macie wrażenie, że się nie cieszę? To nie mój wybór. Małżeństwo jest istnie biznesowe. Robię to w zasadzie dla taty. Poświęcam się.
Carl to wspaniały chłopak, ale… Nie dla mnie. Nie oczekuję księcia z bajki, tylko takiego człowieka, który mnie zrozumie, wesprze w potrzebie, przytuli od czasu do czasu. Po prostu przy mnie będzie. Hastings nie należy do takich osób. Dla niego liczy się tylko praca. Całe dnie i noce spędza w biurze, a kiedy wraca po prostu idzie spać. Praktycznie w ogóle ze sobą nie rozmawiamy. Nigdy nie zabrał mnie na normalną randkę. Chodzimy tylko i wyłącznie na bale prawnicze. Tak, prawnicze. Carl pracuje w kancelarii mojego ojca. Nasze rodziny należą do jednych z najbogatszych i najpotężniejszych w całych Stanach. A skoro połączenie dwóch potęg da nam imperium do nie pokonania, to dlaczego nie.
Nie sprzeciwiłam się ojcu. Po pierwsze: za bardzo się boję, po drugie: to już chyba rodzinna tradycja, ponieważ ani moja mama, ani siostra nie brały ślubu z miłości, ale jak to mówią Z czasem miłość przyjdzie, i po trzecie: za bardzo kocham mojego tatę. Pomimo, że jest cholernie bogaty i jest prawnikiem, jest wspaniałym człowiekiem. Nie rozumiem dlaczego mama go nie kochała. Tłumaczy mi, że dopiero po narodzeniu Clary się zmienił
- [T.I] pośpiesz się. Za godzinę mamy być na próbnym przyjęciu, a ty jeszcze niegotowa.
- Emmm… Tak, tak. Już. – Wyjąkałam, po czym zaczęłam się krzątać po pokoju, w poszukiwaniu sukienki
- Ach ty niezdaro. – Usłyszałam głos swojej siostry za plecami. Po chwili po pomieszczeniu rozniósł się dźwięk rozsuwanego zamka frakonosza. – Ma ciuch pod nosem, a go nie widzi.
- Może ja po prostu nie chcę go widzieć. – Burknęłam, tym samym ściągając z siebie koszulkę
- [T.I] rozmawiałyśmy już o tym. Nie komplikuj wszystkiego.
- Ale może ja nie chcę takiego życia?! Może nie chcę tego małżeństwa?! Może… Może ja po prostu chcę być kochana?!
- Po co i na co komu jest potrzebna miłość?
- Do szczęścia.
- Zastanów się dziecko co ty mówisz. – Zaśmiała się wyraźnie rozbawiona moim komentarzem – Spójrz na mnie. Nie wyszłam za Steven’a z miłości. Mama też pokochała tatę dopiero po moich narodzinach. Jakoś żyjemy i mamy szczęścia pod dostatkiem.
Nie odezwałam się. Zsunęłam ze swoich nóg getry. Następnie narzuciłam na siebie granatową sukienkę przed kolano, która idealnie podkreślała moją talię. Clara zajęła się moją fryzurą, podczas gdy ja szukałam odpowiednich dodatków do stroju. Postawiłam na dosyć delikatny komplet, przez co spotkałam się z niezadowolonym wzrokiem siostry. Jednak nie przejęłam się tym zbytnio. Dopełnieniem stroju były czarne szpilki, jedne z moich ulubionych.
- My już jedziemy. Powinnyśmy się zjawić za 15 minut. – Oznajmiła swojemu rozmówcy, którym zapewne był jej mąż
- Jak tam mały?
- Wiesz… Głodny cały czas. – Zaśmiała się, jednocześnie kładąc rękę na swoim delikatnie  zaokrąglonym brzuchu
- Przepraszam cię za to wszystko. Nie powinnaś się zajmować tym całym ślubem. Narażam cię tylko na niepotrzebny stres.
- [T.I]… Wszystko będzie dobrze jeśli jutro powiesz tak. O mnie się nie martw. Mathew też się angażuje.
- No to w takim razie będę mu musiała kupić jakiś porządny prezent z okazji narodzin. – Zaśmiałam się, po czym przeniosłam swój wzrok na krajobraz za przyciemnioną szybą limuzyny.
Był piękny zachód słońca. Gdzieniegdzie bawiły się dzieci, a ulice główne były zatłoczone ludźmi, którzy najpewniej wracali z pracy.
Z transu wyrwał mnie dotyk ręki na moim odsłoniętym ramieniu. Gwałtownie się odwróciłam, czym napotkałam wyczekujący wzrok Clary.
- Pospiesz się. Wszyscy już czekają.
Szybko otworzyłam drzwi samochodu, aby po chwili zderzyć się z falą mieszczańskiego gorąca. Poprawiłam sukienkę, po czym ruszyłam za dziewczyną, w stronę wejścia ogromnej restauracji. Już w holu dostrzegłam kilka znajomych twarzy.
- O. Jesteście już. Zaczynajmy. – Oznajmił na wejściu Carl. Dokładnie. Oznajmił. Tylko i wyłącznie powiedział kilka słów.
Clara dołączyła do całej reszty zgromadzonych przy stole.
- Carl? – zapytałam nieśmiało, nie wiedząc jak zareaguje na moje kolejne pytanie. On tylko na mnie spojrzał, dając znak abym kontynuowała – Boisz się?
- Czego?
- Tego wszystkiego. Ślubu, naszego wspólnego życia…
- Nie. Nie za bardzo rozumiem powód twojego pytania. Przecież nic się nie zmieni. Wszystko będzie dokładnie takie samo jak do tej pory, z wyjątkiem zapisu na papierze, że jesteśmy małżeństwem.
- No tak. Niepotrzebnie się pytam. Chodźmy. Wszyscy już czekają. – Oznajmiłam, po czym pociągnęłam go delikatnie w stronę ogromnej sali balowej.
Była przepiękna, ale… Nie dla mnie. Nie potrzebowałam tak kosztownego wesela. Bądźmy szczerzy… W ogóle go nie chciałam.
- Uśmiechnij się. – Wyrwał mnie z zamyślenia
Szybko przykleiłam na usta sztuczny uśmiech i ruszyłam przed siebie pewnym krokiem.
- Córciu. – Usłyszałam głos taty, na którego dźwięk odwróciłam się w stronę, z której dobiegał. Podbiegłam do niego i mocno przytuliłam – Nie wierzę, że już jutro będziesz mężatką.
- Tak. Ja też nie.
- Coś się stało? – zapytał z troską gdy usłyszał moje przygnębienie w głosie
- Nie, nie, nic. Jestem tylko trochę zdenerwowana. Wiesz… Ślub potrafi być bardzo stresujący
- No tak, oczywiście. Przepraszam cię. Muszę się zająć prezydentem. Chyba rozumiesz.
- Tak, oczywiście. Zaraz i tak będziemy siadać. – Uśmiechnęłam się cierpko, po czym odeszłam w głąb tłumu. No proszę… Nawet prezydent Stanów będzie obecny na moim ślubie. No kto by się spodziewał…
Usłyszałam dźwięk delikatnego uderzania widelcem o kieliszek co oznaczało rozpoczęcie kolacji.
Usiadłam koło narzeczonego, który prowadził zaciętą rozmowę z trójką mężczyzn. Zapewne o biznesach.
- Ale żonę będziesz miał wspaniałą i w dodatku piękną. – Wtrącił jeden z nich, jednocześnie skupiając na mnie swoją uwagę
- Oj Jake… Zawsze potrafiłeś zdobyć to czego chciałeś, ale nie tym razem. [T.I] jest niedostępna. – Zaśmiał się Carl, spoglądając na mnie swoim codziennym, chłodnym wzrokiem – Wiesz ile ja się namęczyłem żeby zdobyć jej serce?
- W ogóle nie musiałeś. – Szepnęłam pod nosem
- Mówiłaś coś?
- Ja… Chyba się przejdę. Głowa mnie zaczęła boleć. Chwila na świeżym powietrzu dobrze mi zrobi.
- Jasne. Tylko wróć na krojenie tortu.
- Oczywiście. – Uśmiechnęłam się sztucznie, po czym wstałam od stołu, pożegnałam się i wyszłam.

Szłam wolnym krokiem ulicami Nowego Jorku. Był ciepły wieczór. Pomimo wszystkich reklam, od których biło niesamowite światło, ja widziałam tylko ciemność i pustkę.
Czy moje życie już zawsze będzie wyglądać? Tak jak na kolacji? Czy już zawsze będę się czuła niepotrzebna?
Po moich policzkach co chwilę zaczęły spływać samotne łzy. Samotne tak samo jak ja.
Nim się spostrzegłam, stałam już pod hotelem. Spojrzałam za siebie, jednocześnie zastanawiając się czy wrócić do biblioteki, czy może raczej, potocznie mówiąc, olać to wszystko i zamknąć się w swoim pokoju, spędzić czas w samotności. Pomimo szczerych chęci bycia samą, moim obowiązkiem był powrót na kolację. Ruszyłam w stronę hotelu, tylko i wyłącznie po to aby poprawić zapewne rozmazany makijaż.
Odebrałam z recepcji kartę i ruszyłam do windy. Po drodze spojrzałam jeszcze na ogromny, czarny zegar wiszący w lobby.
10:48 pm.
Gdy drzwi się rozsunęły poczekałam aż wszyscy ją opuszczą, po czym sama do niej weszłam i wcisnęłam odpowiedni guzik z numerem mojego piętra. Zauważyłam pewnego chłopaka, mniej więcej w moim wieku, który biegnie w moją stronę. Przytrzymałam przycisk wstrzymujący drzwi, aby spokojnie mógł wjechać na górę ze mną.
- Dzięki. – Wydyszał, jednocześnie wciskając swoje piętro
- Drobiazg.
Jechaliśmy w ciszy. Nie była ona niekomfortowa. Wręcz przeciwnie. Zdziwiło mnie jednak to, że pragnęłam się do niego odezwać, jednak nie potrafiłam. Strach mnie dosłownie zatykał.
Poczułam wstrząs. Zachwiałam się i przypuszczam, że gdyby nie chłopak, który w ostatniej chwili mnie złapał, wylądowałabym na ziemi.
- Dzięki. – Uśmiechnęłam się nieśmiało
- Drobiazg.
Na jego odpowiedź obydwoje się zaśmialiśmy. Muszę przyznać, że jego uśmiech i spojrzenie, ciepłe i przepełnione uczuciem, były niesamowite. Podszedł do drzwi i zaczął je uważnie lustrować.
- No to wygląda na to, że utknęliśmy tu na trochę.
O mój Boże. Czyżby przyszedł dla mnie ratunek?
- Wcisnę alarm. Za chwilę ktoś powinien zjawić się z pomocą.
- Nie! – krzyknęłam, na co on dziwnie na mnie spojrzał – Znaczy… Ja… Przepraszam. Rób jak uważasz. – Odpowiedziałam zawiedziona, po czym oparłam się o jedną ze ścian i spuściłam wzrok na swoje buty. Idealnie czułam jego wzrok na mojej osobie. Kątem oka zauważyłam, że wahał się nad przyciśnięciem czerwonego guzika. W ostateczności jednak zrezygnował.
- Stało się coś? – zapytał z idealnie słyszalną troską w głosie. Powoli podniosłam głowę, aby na niego spojrzeć
- Chyba nie…
- Chyba? – zapytał wyraźnie rozbawiony
- Zależy co rozumiesz przez słowo ślub.
- Oł… Twoja mama znowu wychodzi za mąż, a ty go nie lubisz?
- Raczej to ja wychodzę za mąż.
Między nami ponownie zapanowała cisza. Widziałam, że był w szoku.
- A-ale jak to?
- No właśnie… - westchnęłam, po czym zjechałam po ścianie, następnie siadając na podłodze. Chłopak ukucnął przede mną i uniósł delikatnie mój podbródek.
- Opowiedz. – Wyszeptał posyłając zachęcający i ciepły uśmiech
- Mój tata jest wziętym prawnikiem. W dodatku obrzydliwie bogatym. Jest jeszcze jedna rodzina, która była dla niego tak jakby konkurencją. Postanowili się jednak połączyć w jedną działalność, której pieczęcią ma być małżeństwo moje i Carl’a.
- Kochasz go?
- Ani trochę. Dzisiaj jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym przekonaniu.
Spojrzałam przelotnie na nowego znajomego. Ponaglał mnie wzrokiem.
- Właśnie wracam z próbnej kolacji weselnej. Carl traktował mnie zupełnie jak powietrze. Dla niego byli ważniejsi kumple z pracy. Z resztą sam widzisz. Przyszłam z biblioteki na nogach i to w dodatku sama. Puścił mnie. Nie przejmował się tym, że ktoś mógł mnie napaść, zgwałcić i takie tam podobne. Jest chłodny i oziębły. Sztywny. Od początku naszej znajomości jeszcze ani razu mnie nie przytulił, o pocałunku nawet nie mówiąc. Ja potrzebuję kogoś, kto mnie pokocha. Kogoś kto zawsze będzie przy mnie. Niestety jestem skazana na dożywotnią samotność. Carl nie widzi świata poza własną pracą.
- Ja… Nie wiem co powiedzieć. Strasznie chciałbym ci pomóc, ale… Ale nie wiem jak.
- Musiałbyś mnie chyba porwać sprzed ołtarza. – Zaśmiałam się z własnej bezsilności – Z tą windą, to przepraszam. Po prostu nie chciałam wracać na tą głupią kolację. Teraz przynajmniej miałabym wymówkę, ale przecież ty na pewno się śpieszysz i powinniśmy…
- Nigdzie się nie śpieszę. - Przerwał mi z szerokim uśmiechem na ustach – Tak przy okazji, Liam Payne.
- Ty jesteś tym jednym z pięciu chłopaków z tego zespołu? – zapytałam jednocześnie ściskając jego rękę wyciągniętą w moim kierunku
- Taaa…
- Super…
- Tak uważasz? – spytał wyraźnie ożywiony moją odpowiedzią
- No jasne.
- A ty jesteś?
- [T.I i N].
- Ach, to stąd cię znam. – Zaśmiał się
- To znaczy?
- Przecież nowojorskie gazety dudnią o twoim jutrzejszym ślubie. Że też wcześniej się nie zorientowałem.
- Bywa. Macie jakiś koncert?
- Tak, tak. Pojutrze. Teraz mamy wolny weekend. Normalnie nie wierzę.
Obydwoje się zaśmialiśmy. Liam usiadł koło mnie, jednocześnie rozprostowując swoje nogi
- No to co robimy? – kontynuował
- A co możemy?
- No z prawie mężatką, to raczej nie za wiele.
- Ha, ha… Śmieszne. – Odrzekłam jednocześnie dając mu kuksańca w bok. – Opowiedz mi coś o sobie…

Tak oto spędziliśmy wieczór. Może i w dziwnym miejscu, bo w windzie, ale za to we wspaniałych humorach. Co chwilę po małym pomieszczeniu roznosił się dźwięk naszych wspólnych śmiechów. Ten mile spędzany czas przerwał ponowny wstrząs, podobny do tego, który zatrzymał windę. Dźwig ruszył.
- No to już chyba koniec naszego wspólnego wieczora.
- Na to wygląda. – Odpowiedziałam zawiedziona jednocześnie podnosząc się z ziemi
- Wiesz… Miło było cię poznać, [T.I]
- Wzajemnie. – Uśmiechnęłam się, tym samym spoglądając na niego. Liam zlustrował moją twarz, po czym szybko się przybliżył i zatopił z moich ustach. Nie odrzuciłam go. Wręcz przeciwnie. Przyciągnęłam go jeszcze bliżej. Przy tym chłopaku czułam się inaczej. Czułam się potrzebna, a co ważniejsze, kochana. On dawał mi to, czego Carl nie był w stanie. Liam mnie uzupełniał.
- [T.I], mogę się łaskawie zapytać… Co ty do cholery robisz w windzie z tym wypłoszem?! – usłyszałam znajomy głos, na którego dźwięk zamarłam.
Szybko oderwałam się od cud-chłopaka, po czym spojrzałam w stronę otwartych drzwi. Carl, moja siostra z mężem oraz tata z wyraźnym zawodem w oczach.
- Idziemy. – Kontynuował mój narzeczony. Chwycił mocno mój nadgarstek i wyrwał z objęć Liam’a. Spojrzałam jeszcze ostatni raz prze ramię, aby zobaczyć zaskoczonego, ale i zdesperowanego chłopaka, który chciał zrobić wiele, a tak naprawdę nie mógł zrobić niczego. Był bezsilny.

- Co to było?! Ja się pytam do cholery, co to było?! – krzyczał jednocześnie popychając mnie na łóżko
- Pocałunek. Nie widziałeś?! Och przepraszam. Przecież ty nie wiesz jak pocałunek wygląda!
- Doskonale to wiem!
- Tak? Ja mam inne wrażenie! – odpyskowałam, za co dostałam od niego w policzek
- Carl, nie pozwalaj sobie na za dużo. – Wtrącił mój ojciec – [T.I] powiedz mi. Co się stało, że to zrobiłaś…
- Tato, ja… Ja się zakochałam.
- Jutro wychodzisz za mnie za mąż! Nie możesz się zakochiwać!
- Jestem tylko człowiekiem…
- A każdy człowiek popełnia błędy. – Wtrącił – Powiedzmy, że nie byłaś niepoczytalna w chwili tego zdarzenia. Zapomnijmy o tym incydencie i chodźmy spać. Jutro ślub.
- Przestań do cholery mówić na co dzień jak jakiś pieprzony prawnik! To po pierwsze. A po drugie, ja nie zapomnę. – Oznajmiłam, czym spowodowałam u Carl’a jeszcze większy napływ złości.
- Musisz. Nie masz innego wyjścia.
- Tato. – Szepnęłam błagalnym tonem
Milczał. Widziałam cierpienie i łzy gromadzące się w jego oczach.
- Jutro ślub. Musisz wypocząć. Dobranoc. – Oznajmił, następnie szybko opuszczając pokój
- Nie tak cię wychowywaliśmy. – Dodała siostra, po czym ruszyła w jego ślady. Po niecałej minucie zostałam sama. Do koła otaczała mnie tylko i wyłącznie głucha, okropna cisza.

- [T.I], wstawaj. – Usłyszałam stanowczy głos osoby, która właśnie rozsuwała zasłony, tym samym wpuszczając poranne słońce do pokoju. Powoli rozchyliłam powieki. Moim oczom ukazał się Carl, który właśnie siadał koło mnie. – Powiedz mi jedno. Co takiego ma on, czego nie mam ja? Dlaczego to jego całowałaś, a nie mnie?
- Naprawdę chcesz znać odpowiedź?
- Jedną, jedyną, prawdziwą.
Przymknęłam na chwilę oczy, po czym wzięłam głęboki oddech i kontynuowałam.
- Pocałowałam go, bo Liam jest zupełnym przeciwieństwem ciebie. Jest czuły, opiekuńczy, a co najważniejsze, jest mężczyzną i całuje tak, że nie da się tego nawet opisać.
Obserwowałam uważnie każdą rysę jego twarzy. Jak zwykle. Nic nie drgnęło.
Po chwili wstał i skierował się ku wyjściu.
- Wstawaj. Za 2 godziny jedziemy do kościoła.
To wszystko. Jedyne co później usłyszałam to dźwięk zatrzaskanych drzwi. Szybko otarłam wilgotne oczy i ruszyłam do łazienki. Zaczęłam przygotowania do ślubu. Do wiecznego więzienia.


Krok, krok, oddech, krok, krok, oddech.
Szłam idealnie wyćwiczonym krokiem przez sam środek kościoła. Dwie, małe dziewczynki sypały na czerwony dywan płatki róż, natomiast jeden z chłopców stał razem z księdzem, trzymając obrączki. Nawet tych dzieci nie znałam. ¾ osób tutaj zgromadzonych było mi zupełnie obcych. A przecież to miał być mój dzień.
Całą ceremonię myślami wracałam do wczorajszego zajścia w windzie. Ile ja bym dała żeby na miejscu Carl’a, tu i w tym momencie pojawił się Liam.
- Jeżeli ktoś jest przeciwny temu małżeństwu, niech przemówi teraz lub zamilknie na wieki.
To już? A kiedy była przysięga małżeńska? Przecież…
- Ja jestem przeciwny. – Usłyszałam znajomy głos, który jednocześnie przerwał moje rozmyślania – Ja znam prawdę proszę księdza. – Dokończył jednocześnie stając pomiędzy mną a Carl’em – Ona go nie kocha, a małżeństwo powinno się ponoć zawierać z miłości, prawda?
- Chłoptasiu… Usuń mi się wreszcie z drogi, co? – wysyczał przez zęby mój narzeczony
- Usunę się, ale tylko i wyłącznie z [T.I]. Bez niej nigdzie się nie ruszam.
- Przepraszam młodzieńcze, co to do cholery za przedstawienie.
- Jest pan w domu bożym. Niech pan uważa ze słowami. – Skarcił starszego Hastings’a.
- Niech ksiądz wybaczy. Mark, kim jest ten chłopak i czego on chce od twojej córki?
- To jest chyba osoba, którą [T.I] kocha. Nie pozwolę żeby cierpiała. Zrywam kontrakt. Nie będzie żadnego ślubu z przymusu.
- Ale jak to?!
- Tak to Moris. Możesz zabierać siebie i swojego syna z życia mojego i mojej córki. To wszystko co mam do powiedzenia.
- Jeszcze się policzymy, tyle że w sądzie. – Wycedził – Carl, idziemy.
Chłopak zeskoczył ze schodka i ruszył za ojcem przez sam środek kościoła, do wyjścia.
- A jednak mnie uratowałeś.
- Z jedną różnicą… Nie musiałem cię porywać. – Zaśmiał się, po czym delikatnie i czule mnie pocałował
- Ogłaszam was mężem i żoną.

- Nikt z nas nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. – Zaczął Harry, jednocześnie zwracając na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych – Liam, ja nie wiem jak nasze fanki przyjmą do wiadomości to, że jesteś już żonaty. – Zaśmiał się – Nie przygotowałem się z przemową, no bo bądźmy szczerzy… Ślubu to my w Nowym Jorku nie planowaliśmy. Chcę wam to jednak wynagrodzić pierwszym tańcem. Pozwolicie, że to ja zajmę się muzyką.
Chwilę później razem z Liam’em poruszaliśmy się powoli, w rytm piosenki.
- Muszę ci coś powiedzieć. – Wyszeptał
- Zamieniam się w słuch.
- Kocham cię.
Zaśmiałam się na jego słowa. Niby dwa, proste słówka, ale sposób w jaki je wypowiedział nadawał im barwę i niesamowitą moc.
- Ja ciebie też. - Uśmiechnęłam się, jednocześnie wtulając mocniej w jego sylwetkę.


Don’t let me go
Cause I’m tired of sleeping alone.

---------------------------------------------
Jeżeli chodzi o wesele, to nowojorska biblioteka ma taką salę i organizuje wesela, także informacja nie jest wyssana z palca. Sprawdzona :)
(sala wygląda mniej więcej tak, tyle że oczywiście bez ławek)

To ja! Wiem, że nie było mnie tu... Baaaaaardzo długo, ale egzaminy :/ W ogóle dzisiaj już po raz ostatni w życiu grałam na skrzypcach. Nie chce mi się w to wierzyć. Przecież bardzo dobrze pamiętam jak zaczynałam na nich grać 5 lat temu, a dzisiaj trzymałam je po raz ostatni w ręce :')
Egzaminy już teoretycznie skończone. Zostało mi tylko zaliczenie kilku sprawdzianów w gimnazjum, ale to luuuuuzik xD Najgorsze były te w muzycznej :)

Btw. (nie będę wam tu pisać o moim nudnym życiu xD) imagin taki sooooooobie :/ Stać mnie było na coś lepszego. Nie jest on taki, że normalnie dfhuibvdhughnfuidtfvniuvhnivbn... A szkoda, bo zapowiadał się fajnie... No niestety tylko w moim umyśle :/
Całuuuuuusy i do następnego ;* + OMG! ZOSTAŁAM NA BLOGU O.o NIE WIERZĘ O.o

P.S. Imagin @Claire Styles pojawi się w dniach Niall'a. (dostałam na niego pozwolenie)

10 komentarzy:

  1. kochana jestes cudowna! :) ten imagin jest magiczny a Liam? cuuud :*

    OdpowiedzUsuń
  2. dlaczego ostatni raz grałaś na skrzypcach? nie możesz już grać???
    co do imagina to cudowny, idealny pod każdym względem, kocham Twój styl pisania!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspanialy cudowny niepowtarzalny wyjatkowy magicznh moglabym tak wymieniac i wymieniac

    OdpowiedzUsuń
  4. Tęskniłam za Toba! A imagin cudowny

    OdpowiedzUsuń
  5. :""") To jest zniewalajaco zaskakujaco zajebiste! ;* Tesknilam za twoimi imaginami i za toba...
    kocham Cie, wiesz?

    @kill_you_shawty

    OdpowiedzUsuń
  6. Meeeeeeega !!!!

    http://najlepszepolskieimaginyonedirection.blogspot.com/
    Zapraszam do mnie

    OdpowiedzUsuń
  7. Czyli teraz kończyłaś gimnazjum?? Przecież możesz iść do liceum muzycznego.. Ja jestem w POSM II st. W Krakowie i mam tak jakby cykl 6 lat. Gimnazjum i liceum razem ;) taz gram na skrzypcach *-* ale ja w sumie 7 lat. Bd zaczynac 8 rok ;)
    Śliczny imagin. Najbardziej lubie wlasnie taki, gdzie jest slub z przymusu i taki ksiąze jak np. Liaś sie pojawia ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie :) Ja chodziłam do PSM'u :) Skończyłam pierwszy stopień i idę na drugi, tyle że na wokal :)

      Usuń
  8. Cudo cudo cudo. Za ten imagin kocham Cie :) xx
    A juz myslalam ze ja porwie,ze ojciec jej nie pozwoli i ucieknie ;)

    K.CL

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3