niedziela, 28 lipca 2013

Five Hundred Fifty - Six

...Przyjaźń...
Ten niezwykły stan, kiedy jesteś w stanie oddać za kogoś życie, robiąc to całkowicie bezinteresownie.
Nie patrzysz na konsekwencje. Chcesz tylko dobra dla Twojego przyjaciela.
Ale zacznijmy od początku...

~*~

(t.i.) i Louis znali się od piaskownicy. W prawdzie on, stary był od niej o dwa lata, jednak nawet z drobną różnicą wiekową świetnie się dogadywali.
Wspierali się w każdej sytuacji. Louis, jako mały bohater, ale i dżentelmen w każdej sytuacji bronił swojej młodszej przyjaciółki.
(t.i.) zaś pomagała mu w nauce. Chociaż zdawać by się mogło, że to niemożliwe, dziewczynka doskonale ogarniała materiał edukacyjny i jak tylko potrafiła najlepiej pomagała szatynowi.
Lata mijały, a ich dwójka była nierozłączna. Wszystko, dosłownie wszystko, robili wspólnie.
Nie widzieli dla siebie rzeczy niemożliwych. Nazywali je jedynie, rzeczami trudnymi do zdobycia.
Razem osiągali każdy, postawiony sobie cel. Nie było to dla nich trudne. Zawsze byli razem. Zawsze się wspierali. Zawsze mogli liczyć na drugiego. Zawsze...
Kiedy byli w wieku nastoletnim, przyrzekli sobie, że nigdy nie zakochają się w swoim przyjacielu.
Ona nigdy nie mogła zakochać się w Louisie.
On nigdy nie mógł zakochać się w (t.i.).
Takie zasady sobie postawili. Trzymali się ich. Ciągle, wzajemnie sobie je przypominając.
Kiedy Tomlinson przeprowadził się do stolicy Zjednoczonego Królestwa, do Londynu, (t.i.) ''rzuciła'' wszystko i w te pędy spakowała swoje rzeczy i również tam zamieszkała. Louis mając
18 lat wziął udział w X Factorze. Nie wygrał, ale dzięki niemu zyskał czterech, najlepszy, zaraz po (t.i.), przyjaciół. Chłopcy założyli zespół i szybko zyskali rozgłos na skalę światową. Jednak nigdy nie zapomniał o swojej przyjaciółce. Była częścią jego życia, nie potrafiłby od tak o niej zapomnieć, wymazać jej ze swojego życiorysu. Sumienie nie pozwoliłoby mu na to.
Spotykali się, rzadko, ale się spotykali. Cały czas mieli ze sobą kontakt. Telefoniczny, czy też komputerowy. Zdarzało się, że kiedy Louis był w trasie (t.i.) w miarę możliwości wsiadała w pierwszy samolot i leciała do swojego przyjaciela. Działało to, również i w drugą stronę.

~*~

Dziewczyna usłyszała dzwoniący telefon. Niespiesznie udała się po schodach, w kierunku swojej sypialni, skąd dobiegał odgłos jej ulubionej piosenki, śpiewanej przez zespół przyjaciela. Nie patrząc na ekran, wcisnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła komórkę do ucha.
- Tak? - powiedziała lekko zachrypnięta. Od miesiąca nie kontaktowała się z Tomlinsonem. Chłopak ponoć przechodził w show-biznesie bardzo trudny okres i na nic nie miał czasu. Przynajmniej tak tłumaczyli to menagerowie zespołu, jednak (t.i.) wiedziała, że prędzej, czy też później dowie się prawda.
- Cześć (t.i.)! - usłyszała radosny głos Louisa, na skutek czego od razu uśmiechnęła się.
- Louis? - zdziwiła się, co można było wyraźnie usłyszeć w jej głosie.
- Nie cieszysz się?
- Oczywiście, że tak! - natychmiast się poprawiła. - Co u Ciebie? Jak tam życie w Hollywood?
- Tak się składa, że wczoraj wieczorem przyleciałem do Londynu i szczerze powiedziawszy nie mam zamiaru tam wracać. Takie życie nie jest dla mnie, tym bardziej, że zostawiłem tu Ciebie. - nie widziała go, jednak była przekonana, że szatyn mimowolnie uśmiechnął się. Nie myliła się. - Może wybierzemy się dzisiaj wieczorem gdzieś razem?
- Bardzo chętnie Lou, ale... - nie dokończyła.
- Ale co?
- Ale jestem chora. Mam wysoką gorączkę i trochę ciężko mi się poruszać po domu, a co dopiero gdzieś z Tobą iść. Na prawdę, chciałabym gdzieś razem wyjść, przykro mi. Może innym razem...
- Byłaś u lekarza? - zapytał z troską.
- Jak na razie próbuję się wyleczyć domowymi sposobami Twojej babci.
- Więc mam lepszy pomysł! - zawołał uradowany.
- Mam się zacząć bać?
- Niekoniecznie. - rozwiał wątpliwości swojej przyjaciółki. - Wpadnę do Ciebie.
- Louis, ja do prawdy doceniam Twoją troskę, ale możesz się ode mnie zarazić, a przecież to było by niewskazane w Twoim zawodzie.
- Po drodze zrobię zakupy, także spodziewaj się mnie za godzinę. - powiedział, totalnie ignorując wcześniejsze słowa dziewczyny.
- Louis, ale...
- Żadnych ale. - mówił stanowczo. - Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Stęskniłem się za moją przyjaciółką, to takie dziwne?
- Czekam na Ciebie. - odpowiedziała, ze świadomością, że młody Tomlinson, tak łatwo jej nie odpuści.
Dziewczyna nie musiała czekać długo, bo po upływie niespełna 60 minut usłyszała dzwonek do drzwi. Zarzuciła na ramiona koc, którym wcześniej była przykryta i ruszyła w kierunku wejścia. Stawiała wolne kroki, gdyż przy tak wysokiej temperaturze ciała, każdy nawet najmniejszy ruch sprawiał jej mnóstwo bólu, a co dopiero trudności.
- (t.i.)! - zawołał uradowany szatyn. Odłożył w szybkim tempie torby z zakupami i zamknął swoją przyjaciółkę w szczelnych objęciach jego ramion.
- Louis idioto! Zarazisz się! - próbowała wyswobodzić się z jego objęć, ale sprawiło to więcej kłopotu niż mogłoby się wydawać. Chociaż jej opór był tylko względny z wielką ochotą mogłaby spędzić każdą sekundę w ramionach przyjaciela, który od dawna przestał nim już być. Tak właśnie – (t.i.) złamała ich wspólną zasadę, zakochała się w chłopaku. Od kilku miesięcy chciała wyjawić mu prawdę o swoim uczuciu do niego, jednak za każdym razem powstrzymywała się z obawy, przed utratą najważniejszej osoby, w swoim życiu.
- Miłe powitanie po tak długiej rozłące moja przyjaciółko. Nie ma co! - oburzył się.
- Przepraszam, ale znaj moje dobre serce i doceń troski, bo nie chcę abyś jutro był pozbawiony chęci życia ze względu na swój stan zdrowia. - tłumaczyła się.
- Dobrze, już dobrze. Wiesz przecież doskonale, że nie umiem być na Ciebie zły, dłużej niż 15 sekund. - uśmiechnął się czarująco. - Idź się połóż na kanapie, a ja rozpakuję zakupy i przyniosę Ci lekarstwa.
- No i co ja bym bez Ciebie zrobiła? - zapytała z uśmiechem.
- Pewnie gorączka by Cię dobiła. - zaśmiał się.
Słuchając każdego słowa jakie kierował do niej chłopak, dziewczyna udała się do salonu, gdzie miała zaczekać aż jej przyjaciel skończy rozpakowywać zakupy. Po chwili i on pojawił się w pomieszczeniu z kubkiem gorącej, jeszcze parującej herbaty i talerzykiem, na którym leżały tabletki. Podał wszystko przyjaciółce, a ta z niesmakiem, jednak bez oporu zażyła wszystko.
- A więc jaki film chce panienka dziś zobaczyć? - uśmiechnął się w jej kierunku szarmancko.
- Ten co zwykle, szanowny panie. - odpowiedziała bez dłuższego namysłu.
Chłopak z uśmiechem uruchomił odtwarzacz DVD i włożył do czytnika odpowiednią płytę. „Titanic”, bo tak brzmiał tytuł filmu jaki wspólnie wybrali, był ich ulubionym. Oglądali go zawsze, śmieli uważać nawet, że to część rytuału każdego ich spotkania. I chociaż każde z nich widziało ten film wiele razy, razem bądź osobno, to nigdy im się nie znudził. Zawsze budził te same emocje u obojga – zaczynali płakać, kiedy na ekranie pojawiała się scena tonącego statku.

~*~

Na przełomie 6 miesięcy od tego cudownego, wspólnie spędzonego wieczoru wiele się zmieniło. (t.i.) rozpoczęła wymarzone studia na jednej z najlepszych uczelni świata, zaś w życiu Louisa pojawiła się kolejna osoba, która była dla niego wiele ważniejsze niż przyjaciółka.
Bolesne, ale prawdziwe.
Kiedy Tomlinson znalazł sobie dziewczynę i zaczął poświęcać jej czas, który wcześniej spędzał z (t.i.), zrozpaczona dziewczyna złożyła dokumenty na uczelnię, aby nie żyć całkowicie samotnie w ogromnym mieście jakim był Londyn, nie mając nikogo bliskiego. Dostała się. Dla nikogo nie powinno być to zdziwienie, gdyż we wcześniejszych lata zawsze osiągała najwyższą średnią z klasy i niejednokrotnie otrzymywała stypendia.
Stracili całkowicie kontakt ze sobą. Louis nigdy nie wiedział, gdzie jest jego przyjaciółka, natomiast (t.i.) była o wszystkim doskonale doinformowana. Dziewczyna dała mu wolną rękę z nadzieją, że czasem się do niej odezwie. Od początku wiedziała, że chłopak znalazł sobie kogoś i dopingowała go w tym.
Pewnego popołudnia, kiedy wracała po wykładach na uczelni, przechodząc przez zatłoczone, londyńskie ulice, jej telefon dał o sobie znać. Dostała wiadomość SMS. Odczytała szybko następujące słowa:
„Wiem, że długo się nie odzywałem, jednak cały czas o Tobie pamiętałem.
Dlatego mam prośbę do Ciebie, jako do mojej przyjaciółki – mogłabyś spotkać się dzisiaj ze mną o 19:00 w naszym ulubionym parku, przy Baker Street? Byłbym niezmiernie wdzięczny za szybką odpowiedź. Louis xx.”
Niewiele myśląc odpisała chłopakowi, że zgadza się na spotkanie. Wreszcie miała okazję, być może jedyną, aby powiedzieć mu o tym, jakim uczuciem darzy jego osobę. W duchu przygotowywała sobie przemowę, aby nie stchórzyć w ostatnim momencie. Cieszyła się też, że zobaczy go, swojego przyjaciela po tak długiej rozłące jaką sami sobie stworzyli. Przyspieszyła kroku i już po kilkunastu minutach przekręcała klucz w drzwiach swojego mieszkania.
Uświadamiając sobie, że jest dopiero przed 16:00, (t.i.) poszła do łazienki wziąć orzeźwiający prysznic. Napawała ją myśl, że już za kilka godzin stanie przed najważniejszym facetem w jej życiu i będzie mogła powiedzieć mu jak bardzo za nim tęskniła i jak bardzo go kocha.
Na miejsce umówionego spotkania przyszła kilkanaście minut przed czasem. Usiadła więc na ławce i wypatrywała w oddali sylwetkę szatyna. Znudziło jej się i opuściła głowę, dokładnie przyglądając się swoim butom. Nim się zorientowała, wyczekiwana osoba stanęła tuż przed nią.
- Louis! - krzyknęła uradowana (t.i.) i rzuciła się na kark przyjaciela. Ten jedynie objął ją i przyciągnął bliżej swojego torsu, który zakrywany był przez materiał eleganckiej koszuli.
- Nawet nie wiesz jak bardzo za Tobą tęskniłem mała. - powiedział, kiedy oboje usiedli na
ławce. - Co u Ciebie słychać? Jak na uczelni?
- Dziękuję, u mnie wszystko w jak najlepszym porządku. - zaśmiała się. - A u Ciebie?
- Również dobrze. - uśmiechnął się. Pomiędzy przyjaciółmi zapanowała cisza, dość krępująca, jaka nigdy wcześniej miejsca nie miała.
- Muszę Ci coś powiedzieć. - oboje odezwali się w tym momencie. Patrzeli na siebie z wyczekiwaniem na słowa towarzysza.
- Mów pierwszy. - przerwała kolejną ciszę dziewczyna. Louis jedynie nabrał powietrze do płuc, a z jego ust popłynął potok słów.
- Więc... doskonale wiesz, że spotykam się z Eleanor. Świetnie nam się układa. Boże (t.i.)... ja... - odetchnął głęboko. - ...ja się żenię. Dlatego chciałem się z Tobą spotkać i zapytać, czy nie zostałabyś świadkową na naszym ślubie?
(t.i.) nie wierzyła w słowa przyjaciela. Kochała go. Kochała go nad życie. A on co? On mówi jej, że się żeni? To wszystko wydawało jej się ohydnym kłamstwem. Nieprawdą... A jednak. Już za kilka tygodni na palcu Louisa miał pojawić się złoty krążek, symbolizujący wieczną miłość i bezgraniczne oddanie. Chłopak wpatrywał się w nią i oczekiwał jakiejkolwiek reakcji, niestety, cóż bardziej mylnego?
- A Ty co chciałaś mi powiedzieć? - widząc, że towarzyszka nie odpowiada zabrał ponownie głos, nie zważając na powagę sytuacji.
- Ja... ja wyjeżdżam Louis. - powiedziała, jednak nie to, co miała zamiar. Przecież nie mogła niszczyć związku swojego przyjaciela. - Nie dzwoń więcej do mnie, nie pisz, nie szukaj mnie. Najlepiej będzie jeśli zapomnisz o mojej osobie, tak samo jak o naszej przyjaźni. - mówiła ze łzami w oczach, a targające nią emocje, postawiły (t.i.) na równe nogi. - Życzę Ci wiele szczęścia na nowej drodze życia. Przekaż to również swojej narzeczonej. - dodała, po czym zaczęła stawiać kroki w kierunku swojego mieszkania. Słyszała za sobą donośny głos Tomlinsona, którzy krzyczał jej imię. Odwróciła się, aby ostatni raz spojrzeć na swojego wieloletniego kompana życiowego, jednak nie dostrzegła jego osoby ze względu na tłumy spacerujących po alei parku ludzi.

~*~

10 lat. Tak wiele czasu minęło od ich ostatniego spotkania.
Oboje ułożyli sobie życie.
(t.i.) 6 lat temu poślubiła Johna, mężczyznę z którym studiowała na jednym roku. To on pomógł jej pozbierać się, kiedy przyjaciel zawiódł na całej linii. Po roku małżeństwa, parze urodził się śliczny synek – Henry. Zaś od niedawna, dosłownie od kilku tygodni dziewczyna, a raczej już kobieta, wraz ze swoją rodziną, ponownie przyprowadziła się do Londynu.
Louis zawarł związek małżeński z Eleanor, brunetką, z której powodu rozpadła się jego przyjaźń z (t.i.). Chłopak nie potrafił wybaczyć sobie, że puścił ją wtedy. Że nie pobiegł za nią. Albo, że chociaż nie zadzwonił.
- Może iść się pobawić, tylko bądź ostrożny. - uśmiechnęła się do swojego pięcioletniego synka, kiedy ten chciał pobiec na plac zabaw. Patrząc na poczynania dziecka, (t.i.) udała się na najbliższą ławkę, gdzie usiadła. Nie ma co! Była już w zaawansowanej ciąży. Siódmy miesiąc. Jeszcze tylko 60 dni dzieliło ją od rozwiązania. John obecnie przebywał na dyżurze w szpitalu, w końcu był lekarzem, tak samo jak jego żona. Jednak ona nie praktykowała w zawodzie.
Spokojnie patrząc na chłopca siedziała i relaksowała się. Jej odpoczynek przerwał znajomy, męski głos.
- (t.i.)? - zapytał, zwracając się do niej. Otwarła oczy i spojrzała przed siebie, nieco do góry.
- Louis? - zdziwiła się, że po tylu latach ją poznał.
- Boże... Jak ja za Tobą tęskniłem. Myślałem, że już więcej się nie spotkamy. - dosiadł się do (t.i.) na ławkę. - Co u Ciebie? Jak życie?
- Dziękuję, u mnie wszystko w porządku. - zaśmiała się cicho. - Mam cudownego męża, wspaniałego syna i kolejną pociechę w drodze.
- Kiedy wróciłaś? - dopytywał się dalej
- Niecałe dwa tygodnie temu. - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Między ich dwójką zapadła niezręczna cisza. Gdy (t.i.) już chciała o coś zapytać, Louis nie dał jej dojść do słowa.
- Dziesięć lat temu, kiedy ostatni raz się widzieliśmy, mówiłaś, że musisz mi coś powiedzieć. Dobrze wiem, że nie była to sprawa związana z wyjazdem, więc... mogłabyś teraz powiedzieć mi o co wtedy chodziło? - zapytał niepewnie. - Proszę...
- Teraz Louis, to już nie ma znaczenia.
- Dla mnie ma. Przez dziesięć lat zastanawiałem się, co to mogło być i dalej nie wiem. - próbował ją przekonać
- Wtedy... wtedy chciałam Ci powiedzieć, że jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko przyjaciel. Ja Cię kochałam Louis. - wydusiła to z siebie, po czym szybko odwróciła głowę w przeciwnym kierunku, aby tylko nie patrzeć na Tomlinsona. On jednak, ujął jej twarz w dłonie i odwrócił w swoją stronę, tak że praktycznie stykali się nosami.
- A teraz? A teraz coś jeszcze dla Ciebie znaczę? - w jego oczach pojawiła się nadzieja
- Jesteś dla mnie jak przyjaciel i liczę, że nim pozostaniesz.
- Nie o to mi chodzi. Czujesz coś jeszcze do mnie? Może jednak moglibyśmy spróbować?
- Raczej nie Louis. Ja mam Johna, Ty Eleanor. To jest niemożliwe.- zaprzeczyłam, jak najszybciej zabierając dłonie chłopaka z mojej twarzy
- Nie. My z Eleanor nie jesteśmy już małżeństwem. Rozstaliśmy się po trzech latach. - powiedział cicho
- Przykro mi, ale wybacz, nie możemy być razem. - wstała z ławki i ruszyła w stronę piaskownicy, gdzie bawił się Henry. Odwróciła się w jego kierunku i z bólem spojrzała na Tomlinsona. - Żegnaj.

~*~
- I tak właśnie kończy się historia moja i Louisa. - powiedziałam do wnucząt, które siedziały na dywanie dookoła mojego fotela bujanego.
- Nigdy więcej go już nie spotkałaś babciu? - zapytał Michael, syn Henry'ego
- Zdarzało się, jednak nigdy więcej ze sobą nie rozmawialiśmy.
- Żałujesz, że jednak nie spróbowaliście jeszcze raz? - odezwała się Rose, córka Mary, naszego drugiego dziecka
- Zdecydowanie nie. - odpowiedziałam. - A wiesz dlaczego? Bo mam najwspanialszego męża jakim jest wasz dziadek.
- Dobrze dzieci. - wszedł do pokoju John. - Biegnijcie do łóżek, bo już po dziesiątej.
- Dobranoc babciu. Dobranoc dziadku. - wnuki ucałowały nasze policzki i z radosnymi okrzykami pobiegły na piętro do swoich łóżek.
- Kocham Cię John. - wyszeptałam, tuląc się do ciała staruszka
- Ja Ciebie też (t.i.). - pocałował moje siwe włosy. - I dziękuję, że wtedy jednak wybrałaś mnie...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
W prawdzie jestem na urlopie, ale postanowiłam dodać imagin, być może mój już ostatni.
Jeśli ktoś nie do końca ogarnął moje wypociny, to wszystko co napisane jest kursywą, to opowieść (t.i.).
Nie jest to jakiś szał, ale liczę, że pojawią się komentarze :)

8 komentarzy:

  1. Trochę smutny ale podoba mi się. Jest genialny *_*

    OdpowiedzUsuń
  2. Taak,smutno mi bardzo ale tez bardzo mi sie podoba. Szkoda ze tym mezczyzna nie byl LouLou...

    K.CL

    OdpowiedzUsuń
  3. smutaśnie mi teraz :C ale mimo wszystko, boski imagin :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Genialny ;) i tez zaluje ze to nie Lou - świstak :)

    OdpowiedzUsuń
  5. bardzo bym prosiła aby na tym blogu pojawiło sie archiwum naprawdę ten blog znalazłam nie dawno bo dzisiaj a imaginów jest ponad 500 więc bardzo bym prosiła o jak najszybsze dodanie archiwum

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Takie rzeczy powinny być kierowane do zakładki "off topic" 2. Archiwum jest na blogu O.O

      Usuń
  6. Śliczny imagin! :') Szkoda, że to jednak nie Louis był tym jej jedynym :p ale i tak jest świetny! :)
    http://i-love-you-vampire.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3