wtorek, 23 lipca 2013

Five Hundred Fourty-five



Bohater starszy niż w realu!
Kolejny dzień. Kolejna dawka emocji. Kolejne godziny spędzone w tym szarym miejscu.
Biorę łyk wody i podchodzę do okna. Sięgam po moją torebkę, po czym z wielką niechęcią opuszczam dom. Za sobą słyszę tętniący życiem Londyn, który z pewnością mógłby być stolicą egoizmu. Ludzie spieszą się do pracy, nikt nie zwraca na siebie większej uwagi. Kiedyś byłam świadkiem, jak starsza pani upadła poprzez szturchnięcie biznesmena. Jednak wszystko naprawiają czerwone budki, które idealnie współgrają z pozornym klimatem miejsca. Co krok mijam gwiazdę, która ucieka przed nachalnymi reporterami. Cichy – a zarazem ckliwy – szum Tamizy wprawia mnie w lekki stan otumania.
Co ja tu robię? No tak, miałam spełniać marzenia. W tej chwili powinnam być w szpitalu. Miałam pomagać dzieciom z porażeniem mózgowym. Tymczasem otwieram bramę i żegnam najskrytsze pragnienia.
- [T.I. i N.] – zwracam się do ochroniarza, który niechętnie mnie wpuszcza, on też nienawidzi swojej pracy. Wchodzę do małego pomieszczenia przesiąkniętego  potem. Wspominałam, że nienawidzę tego miejsca? Aż za dużo razy. Powtarzam się… Szare ściany jeszcze bardziej zniechęcają mnie do mojej pracy. Ale w końcu trzeba się jakoś utrzymać, prawda? Życie nie jest tanie, tym bardziej w Londynie – rzekomym mieście marzeń.
Wypełniam akta więźniów, przypominając sobie historię każdego z nich. Mężczyzna, który zamordował swoją żonę. Diler narkotyków. Złodziej. Młody chłopak, któremu wydawało się, że wszystko mu wolno, co doprowadziło do poważnych problemów. Każdego człowieka jest mi szkoda. Nie ma wyjątków. Ludzie na ogół nie są źli, to presja otoczenia tak na nich wpływa. Otoczenie, finanse,  to wszystko, co ich psuje. Może i jestem naiwną kobietą, ale znam się na życiu. Mam tylko dwadzieścia trzy lata, a przeżyłam więcej, niż można sobie wyobrazić.
Od godziny wypisuję akta. Powoli zaczyna mnie to męczyć, więc odrywam swój wzrok, który kieruję na kalendarz – dziesiąty lipca, dwa tysiące trzynaście, środa. Zazwyczaj każdy dzień jest dla mnie szczęśliwy, radosny, pogodny, lecz dzisiaj to nudny i szary poranek. Okna przysłonięte żaluzjami coraz bardziej pokrywają się kurzem. Cały pokój wydaje się być niesprzątany od lat. Nagle przerywa mi pukanie do drzwi.
- Panno [T.N], więzień numer 165998 czeka na terapię. – Tak, jestem psychologiem oraz terapeutą w więzieniu. Pomagam innym ludziom, patrząc jak cierpią i żałują swoich błędów. To naprawdę boli. Mam swoje kolorowe życie, którego nie doceniam. Natomiast oni… pod wpływem chwili, targających emocji, skazali siebie na taki, a nie inny, los.
- Proszę go wpuścić. – Poprawiam swój miętowy sweterek i przecieram czoło. Ręką przeczesuję moje brązowe, długie do pasa włosy i chowam kartki do biurka. Czeka mnie co najmniej godzina spędzona u boku więźnia. Cicho wzdycham i czekam, aż drzwi się uchylą. Zegarek na ścianie tyka, co sprawia wrażenie, że sekundy są minutami, a minuty godzinami. Do czasu, kiedy słyszę zgrzyt metalowych „wrót do piekła” – jak to inni opowiadają.
Do szarego „gabinetu” wchodzi mężczyzna, na oko dwudziestoletni. Nowy – myślę. Jego brązowe loki opadają na czoło, jednak sprawiają wrażenie zadbanych. Oczy ma zielone, powiedziałabym, że nawet zielone. Na twarzy widnieje kilkudniowy zarost, co dodaje mu uroku. Jego twarz… można powiedzieć, że wygląda całkiem niewinnie. Co on tu robi? Nie wygląda jak inni… Różni się, zdecydowanie się różni.
Gestem ponaglam go do zajęcia miejsca, delikatnie się uśmiechając. Może chociaż to doda mu odrobinę otuchy. W pokoju słychać tylko tupot jego butów, oraz chrząknięcia ochroniarza. Ted. Z całego patrolu, to jego nie lubię najbardziej. Zawsze pospiesza mnie, dodaje swoje trzy grosze do rozmów z więźniami. Jakby nie mógł zrozumieć, że to nie on jest specjalistą, absolwentem najlepszej uczelni psychologicznej w Londynie. Nie, wcale nie jestem zapatrzona w siebie, mam po prostu poczucie własnej wartości.
Słyszę głośny zgrzyt metalowych nóżek krzesła. Mimowolnie się wzdrygam, jednak nadal nie spuszczając wzroku z więźnia 165998.
- Przedstawisz się, opowiesz coś o sobie? – zwracam się do niego.
- Zabrzmiałaś jak ta w sądzie. – Mężczyzna zaczyna ironicznie chichotać. Przynajmniej jeden, który nie zwraca się do mnie „pani”, myślę. – Harry Styles. Dwadzieścia jeden lat na karku.
- Ja jestem [T.I]. – Podaję mu rękę, którą ściska. Jego oczy przenikliwie wpatrują się w moją smukłą sylwetkę, próbuję jakoś odwrócić jego uwagę gestykulacją. Przeważnie działa na innych. – Jak tu się znalazłeś? – pytam.
- Nie udawaj, że cię to obchodzi – mówi oschle.
- Masz rację, nie obchodzi. – Biorę głęboki wdech. – Ale muszę to wiedzieć, żeby jakoś z tobą rozmawiać.
 - Wiesz, że istnieje coś takiego, jak akta?
- Gorzej, jak dostaję je po tygodniu. To dowiem się od ciebie, czy mam udać się do dyrektora po informacje? – pytam niecierpliwie, aczkolwiek spokojnie. Widzę, jak Ted już otwiera usta, żeby coś powiedzieć, jednak mu przerywam gestem.
- Narkotyki.
- Zażywałeś?
- Sprzedawałem. Nie ruszam tego świństwa. Uprzedzam pytanie, nie, nie jestem alkoholikiem, nie palę. Po prostu zbierałem na operację dla matki.
- Uhm. Wiesz, że istnieją inne sposoby, prawda? Nie koniecznie aż tak nielegalne.
- A znajdź jakiś legalny i dobrze płatny. Zależy mi szybko. Matka jest poważnie chora.
Cicho wzdycham. Zapowiada się długa, lecz ciekawa rozmowa. Tym bardziej, jeżeli mam patrzeć w te piękne, zielone oczy.
Minęło półtorej godziny, a Harry – kazał sobie mówić po imieniu – powoli kończy rozmowę. Odpowiada coraz bardziej chamsko, tajemniczo, oschle. Ciężki typ.
- Myślę, że na dzisiaj starczy – mówię, po czym biorę głęboki wdech. Włosy związuję w niedbałego koka, tym samym zawiadamiając Teda, że może już wychodzić. – Jutro znowu się widzimy, dziękuję za rozmowę.
- Uhm – przytakuje, po czym wychodzi.
Do ręki biorę byle jaką kartkę, na której zapisuję moje przemyślenia, obserwacje na temat Stylesa. Trzeba będzie przepisać je do akt… Znowu papierkowa robota. Ugh.
~*~ 5 dni później ~*~
Biorę głęboki wdech, patrząc w oczy chłopaka.
- Co powinnam ci powiedzieć? Też nie mam łatwego życia. Jestem z Australii, urodziłam się tam, ale wyjechałam. Za dużo wspomnień na raz. Moi rodzice mieli wypadek samochodowy. – Czuję jak do moich oczu napływają łzy, nie lubię o tym wspominać. – Tata zginął na miejscu, mama tydzień po tym feralnym wydarzeniu. Wiesz co było najgorsze? Miałam być siostrą. Jakby tego było mało, były to bliźniaczki. Avalanna i Scarlett. Nie przeżyły. Cała moja rodzina, jedyna, którą miałam, umarła. Poniekąd ja też. Czuję w sobie taką pustkę. Nie martw się, pomogę twojej mamie wyjść z choroby, ponieważ wiem, co czujesz. Daj mi adres jej szpitala, na pewno tam się udam.
Chłopak lekko się uśmiecha, co od razu stawia mi na nogi. Poznałam jego historię. Jego mama ma raka. Codziennie walczył o pieniądze dla niej. Aż do chwili, w której wciągnął się w brudny biznes. Ufam mu, a on mi, inaczej nie mówiłby mi takich rzeczy.
Styles podaje mi karteczkę, na której jest zapisany adres. Ściskam jego rękę, szepcząc „nie martw się, zaopiekuję się nią”.
- Nie mów jej jednego – zwraca się do mnie. W jego głosie słyszę chrypkę oraz niski głos. – Ona nie może dowiedzieć się, że jestem w więzieniu. 
~*~
Wydział onkologii, sala numer dwieście dwadzieścia. Białe, nudne ściany, zakurzone żaluzje… Podobna atmosfera jak w więzieniu – cicha, zniechęcająca, smutna. No ale kto będzie wesoły w takim miejscu? W miejscu, gdzie wszystko może się zdarzyć. Nawet śmierć. Czy powinnam powiedzieć: szczególnie śmierć?
- Dzień dobry. Jestem [T.I. i N.], koleżanka Harry’ego. Niestety musiał wyjechać, więc ja się panią zaopiekuję. – Nienawidzę kłamać, ale muszę… Ta kobieta nie zasłużyła sobie na oszustwo. Leży bezbronna w szpitalu, nie wiedząc, że jej syn odsiaduje karę. Co najgorsze, karę sześciu lat pozbawienia wolności. Ona może już nie zobaczyć swojego syna. Wygląda licho, twarz ma bladą, lekki zanik mięśni od razu rzuca się w oczy. Dlaczego ta choroba dopadła akurat ją? Nie wiem… Harry nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. Sześć lat więzienia to nie jest mało. Wręcz przeciwnie. Ominie go tak dużo. Poświęcił się dla swojej matki. Wiedział, jakie są konsekwencje. Ale nie poddał się, walczył. Myślał, że to nic poważnego. Teraz zresztą też tak mówi. 
- Witaj skarbie – odpowiada cichym głosem, którego prawie nie usłyszałam. Kobieta jest nie tylko słaba zewnętrznie, ale i wewnętrznie. – Przekaż mu, że go kocham.
~*~
- Przykro mi to mówić, Harry. – Poprawiam swoje włosy i szukam w jego oczach jakiegoś uczucia. – Niestety… Twoja mama nie żyje. Zmarła wczoraj. Kazała przekazać, że cię kocha.
- Słucham?! – Ton jego głosu zdecydowanie się podniósł.
- Taka kolej rzeczy, przykro mi. – Po chwili czuję mocne pieczenie na policzku oraz ból. Ochroniarz, który stał obok drzwi, próbuje ode mnie odciągnąć chłopaka. Widzę, jak Harry obkłada moją twarz pięściami. Nie czuję jednak bólu. Już nie. Nie myślę o nim. Nie mogę się na niczym skupić. Widzę tylko krew, a potem ciemność. W tle słyszę alarm i krzyki ochroniarza. Harry krzyczy.
Nic.
Pustka.
~7 lat później~
Wybaczyłam mu, pomimo, że prawie mnie zabił. Trzy lata w śpiączce… Stracone lata, które mogłam przeznaczyć na coś innego, jednak nie zamieniłabym ich. Harry dostał zwolnienie warunkowe. Mógł mnie odwiedzać, słyszałam wszystko. Rozmawiał ze mną, pomimo, że nie odpowiadałam mu. Wiedziałam, że był. Niestety nie mogłam panować nad swoim ciałem, nie mogłam się obudzić. Cóż, myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach. Jednak teraz wiem, że takie rzeczy mogą spotkać i mnie, i każdego innego człowieka na Ziemi. Czekałam na niego. Wspierałam go, gdy się obudziłam. Pomogłam mu wyjść z depresji, która zapoczątkowała się u niego po śmierci matki – oczywiście z trzyletnim opóźnieniem. Teraz jesteśmy razem, mamy tylko siebie, swoją dwójkę. Za pobicie mnie, Harry dostał tylko opiekę kuratora, ponieważ nie chciałam zeznawać. Wiedziałam, i nadal to wiem, że zrobił to nieumyślnie. Pamiętam, jak ja łomotałam się w objęciach lekarzy, gdy moi rodzice i nienarodzone siostry zmarły…
Now you were standing there right in front of me.
I hold on scared and harder to breath.
All of a sudden these lights are blinding me.
I never noticed how bright they would be.
I'll keep my eyes wide open.
I'll keep my arms wide open.
Don't let me,
don't let me,
don't let me go.
'Cause I'm tired of being alone.
Don't let me,
don't let me go.
'Cause I'm tired of feeling alone.

Szczerze? Nie podoba mi się, ale kit i trzy cytryny z tym. Napisałam bardzo dawno temu, zmieniłam imiona i wstawiam. A cooo. Weźcie pod uwagę to, że jest beznadziejny i wgl. nie ma sensu. XD Dobra, tralala, ale ja idę pisać rozdział na mojego bloga. Zostawiam do waszej oceny, bądźcie wyrozumiali hahah ŻYCZĘ WAM JAK NAJLEPSZEGO DNIAA, W KOŃCU DZISIAJ TRZECIA ROCZNICA ONE DIRECTION. :'))))

16 komentarzy:

  1. on jest super! JEDEN Z NAJLEPSZYCH jakie czytałam, !

    OdpowiedzUsuń
  2. Najlepszy jaki czytałam, zrób. 2 część! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeju, dziękuję wam za te opinie *o*
      Co do drugiej części, niestety nie można ich umieszczać. Ale może coś wykombinuję, wstawię na mojego prywatnego bloga, ale nie wiem, zależy od weny. :D Teraz pracuję nad imaginem z Liamem i Lou. Xx

      Usuń
    2. Licze na ciebie ! <3 ;*

      Usuń
  3. Bardzo mi się spodobał :)) xx

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz co? Ty sama jesteś jak taki kij i trzy cytryny. IMAGIN JEST NDFKBEIRVBGUEIFRBVWRVBFGI8W3VRFIWEFBGIWER *.*

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam :) Bardzo podoba mi się twój blog i postanowiłam Cię nominować.
    Więcej na : http://onedirectioninfectionx.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zajebisty ;) - świstak :)

    OdpowiedzUsuń
  7. z tego co wiem to Harry ma zielone oczy, a nie brązowe "Tym bardziej, jeżeli mam patrzeć w te piękne, czekoladowe oczy."
    taka mała uwaga, ale poza tym śliczny imagin :)
    ~ H.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś pisałam ten imagin o zupełnie innym chłopaku, stąd ten błąd. Dziękuję. :)

      Usuń
  8. cudowny, taki inny, a przez to magiczny. uwielbiam to, że są jeszcze takie osoby, które w prostych słowach potrafią przekazać jakąś głębię, coś więcej niż zwykłą opowieść o miłości, bardzo to sobie cenię. to właśnie twoje imaginy najczęściej wywołują u mnie najwięcej emocji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, nie nie nie, proszę tak do mnie nie mówić, bo się popłaczę cnjsdjkcnfdnfsdjk
      A teraz tylko mi się oczy pocą, ok?
      djskfnsjk dziękuję :'))))))

      Usuń
  9. zostałyście nominowane do the versatile blogger :)
    więcej informacji tutaj: http://londyyn.blogspot.com/2013/07/the-versalite-blogger.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszamy, ale nie bierzemy "udziału" w nominacjach :)

      Usuń
  10. Uwielbiam to jak doprowadzacie mnie do łez :') Ten imagin jest taki... inny. Nie wszędzie można poczytać taką kombinację: członek One Direction i więzienie. Nieźle!
    Uwielbiam Cię *-*

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3