wtorek, 9 lipca 2013

Five Hundred Thirty - Seven

Wszedłem do sali, gdzie przebywała moja narzeczona i z uśmiechem usiadłem na niskim krześle tuż przy jej łóżku. Chwyciłem delikatną dłoń (t.i.) i przyłożyłem ją sobie do ust, muskając czule.
- Kochanie, wiedziałem. Od początku wiedziałem. Że dasz radę. Kocham Cię. - pocałowałem jej suche usta. - Naszą córeczkę też.
- Liam... - zaczęła wolno
- Tak skarbie? - spojrzałem na twarz narzeczonej, uśmiechając się przy tym
- Ja nie chcę tego dziecka. - powiedziała, a uśmiech z mojej twarzy momentalnie zniknął.
Miałem nadzieję, że (t.i.) zaraz się roześmieje i powie, że to tylko głupie żarty. Od momentu kiedy dowiedziała się, że nosi pod serce nowe życie cieszyła się jak nigdy wcześniej. Jej radość trwała 8 miesięcy.
A tu nagle taka zmiana! Nie spodziewałem się. Nigdy nie pomyślałbym, że te słowa, tak bardzo raniące padną z ust mojej ukochanej.

***

- Nie mam dla pana dobrych wiadomości. - usłyszałem z ust około 45-letniego lekarza, kiedy poszedłem do niego w celu dowiedzenia się skąd taka nagła zmiana u (t.i.).
- A konkretnie doktorze? - dopytywałem siedząc naprzeciw mężczyzny w białym fartuchu, przeglądającego obecnie wyniki czyiś badań.
- A konkretnie, panie Payne, to pańska narzeczona obecnie przechodzi przez depresję po porodową.
- Depresję po porodową? - powtórzyłem
- To normalne zjawisko u kobiet, dla których poród był bolesnym i ciężkim doświadczeniem. - nie zważając na to, że przerwałem lekarzowi, on dalej kontynuował swój monolog. - Proszę mieć świadomość, że depresja może objawiać się różnie. Czasem występuje nadopiekuńczość, jednak częściej jest to niezależne od niczego, tak zwane uprzedzenie do dziecka. Trwa...
- Jak długo ona trwać będzie? - przerwałem po raz kolejny, czując jak pod powiekami gromadzi mi się mnóstwo łez.
- Depresja trwa zazwyczaj od kilku tygodni, do nawet kilku miesięcy.
- Kilka miesięcy? - przeraziłem się
- Tak, proszę pana. Jedak przez ten czas bardzo musi pan dbać o narzeczoną, nie zapominając przy tym o dziecku. Młoda mama powinna być pod stałą opieką psychologa, gdyż depresja może prowadzić w swoich skutkach do nerwicy.
- Dziękuję. - wymamrotałem niezrozumiale
- Nie ma za co. Na tym właśnie polega moja praca. - uśmiechnął się. - Gratuluję panu zdrowego dziecka. - uścisnął moją dłoń. - W razie jakichkolwiek pytań, proszę nie czekać, tylko od razy przyjść z tym do mnie.
- Oczywiście. Dziękuję za wszystko doktorze. Do widzenia. - opuściłem gabinet lekarza i przystanąłem na środku korytarza, próbując poukładać sobie wszystko w głowie.
Z nerwów pobladłem. Czułem jak, zaczynając od rogówek, moje oczy ogarnia fala czerni, na którą nie miałem najmniejszego wpływu. Podszedłem do ściany głęboko oddychając i oparłem na niej swoje czoło, w celu ochłodzenia go, a przy tym z głośnym świstem wypuszczałem powietrze z ust.
- Wszystko z panem dobrze? - podbiegła do mnie jedna z pielęgniarek. - Podać panu wody?

***

Trzymając w dłoni pustą butelkę po mleku, opuściłem pokój zasypiającej córeczki po cichu zamykając za sobą drzwi i schodząc po schodach. W salonie, na kanapie zauważyłem odwróconą do mnie tyłem sylwetkę (t.i.). Od dwóch tygodni, czyli od czternastu dni, kiedy to (t.i.) opuściła wraz z dzieckiem szpital, nasze życie tak wyglądało.
Zajmowałem się nie tylko noworodkiem, który w ciągu dnia spał, a w nocy płakał, nie pozwalając mi przy tym odpocząć, ale także moją narzeczoną. Źle przechodziła depresję po porodową. Nie chciała mieć nic wspólnego z dzieckiem, nie raz robiła mi wyrzuty z tego powodu.
Nawet sześć wizyt jakie odbyła z psychologiem, najlepszym specjalistą jakiego udało mi się znaleźć w całym Londynie, nic nie dały. Dziewczyna była załamana, zrozpaczona, a ja jako jej najbliższy człowiek nie potrafiłem nic z tym zrobić. To było przykre i dobijające.
Moja waga z dnia na dzień malała. Nie jadłem i nie piłem praktycznie nic, nie licząc sporych ilości kawy i tabletek. Mój organizm co dzień stawał się słabszy, mniej podatny na stres, brak snu.
Umyłem butelkę po mleku i ruszyłem do salonu, gdzie w ciszy przebywała (t.i.). Usiadłem na fotelu i przetarłem kilka razy dłońmi twarz, w celu rozbudzenia się. Odchyliłem głowę do tyłu, aby wszystkie kręgi szyjne wróciły na swoje miejsce.
Po kilku minutach troskliwym wzrokiem, spojrzałem na moją narzeczoną. Siedziała wpatrzona w jeden punkt nad kominkiem. Nie ruszała się. Nie dawała żadnych oznak życia.
- Możesz mi powiedzieć, czemu ciągle zajmujesz się tym dzieckiem? - zapytała nagle, a jej ochrypnięty głos poniósł się echem po domu. (t.i.) nie rozmawiała z nikim, oprócz swojego psychologa. Chociaż w stosunku do niego nie była całkowicie otwarta.
- Jak to czemu? - zdziwiło mnie jej pytanie. - To nasze dziecko. Muszę się nim opiekować póki Ty nie wyzdrowiejesz. - powiedziałem najdelikatniej jak tylko potrafiłem, choć zbierało mi się na płacz.
- Nie jestem chora. - mówiła stanowczo. Pierwszy raz od dłuższego czasu sama odezwała się do mnie, nie musiałem siłą wyciągać od niej słów. To był już pewien sukces. - To nie jest nasze dziecko Liam. To nie jest moje dziecko. Ono jest wyłącznie Twoje.
Dosiadłem się do niej na kanapę, przytulając do siebie jej drobne ciało.
- Za niedługo wyzdrowiejesz. - szeptałem do jej ucha, totalnie ignorując jej wcześniejsze słowa. - Będziemy razem z naszą córeczką prawdziwą, kochającą się rodziną. Zobaczysz... Wszystko się ułoży. - pocałowałem jej czoło. - Póki co, musimy tylko wybrać dla niej imię.
(t.i.) odskoczyła ode mnie jak oparzona. Wstała z kanapy. Pocierając się o ramiona podeszła do okna i patrzyła w dal znajdującą się za szybą. Odetchnąłem głęboko. Wiedziałem, doskonale zdawałem sobie sprawę, że to nie będzie łatwa droga. Jednak kochałem je obie na tyle bardzo, że nie mogłem zostawić ani jednej.
Podszedłem do (t.i.) i odjąłem ją od tyłu w talii. Swój podbródek usytuowałem na jej ramieniu. Staliśmy kilka minut w ciszy. Cieszyliśmy się swoją bliskością, której już od kilku tygodni nie doświadczyliśmy.
- Hope. - powiedziałem cicho. - Nazwiemy ją Hope. Ona będzie naszą nadzieją na lepsze jutro.

***

Siedziałem na werandzie, a w wózku obok mnie słodko spała Hope. Minęły trzy miesiące od jej narodzin, a (t.i.) nadal zmagała się z depresją. Właśnie teraz był u niej pan Wilson, jej psycholog.
Od kilkunastu tygodni moja narzeczona miała terapię. Jednak bez zmian. Powoli zaczynałem tracić nadzieję, że cokolwiek ulegnie zmianie. Przyzwyczaiłem się już do tego, że opiekowałem się i nią i naszym dzieckiem.
- Panie Payne, mam dla pana znakomite wieści. - usłyszałem głos starszego mężczyzny, który pomagał (t.i.) dojść do siebie
- Tak, panie Wilson? - zapytałem wyraźnie zaciekawiony
- Stan pańskiej narzeczonej poprawia się. - powiedział uradowany. - W każdej chwili może powiedzieć, że kocha państwa córkę, na co proszę być gotowym.
- Dziękuję panu bardzo. Nie zdaje sobie pan sprawy jak ja się z tego cieszę. - wyciągnąłem ze spodni portfel i wręczyłem lekarzowi pieniądze za wizytę.

***

Spojrzałem na zegarek cyfrowy, stojący na mojej szafce nocnej. 9:00. Zerwałem się z łóżka i podszedłem do łóżeczka Hope. Puste. Nie. To niemożliwe. Szybkim krokiem pobiegłem na dół. W połowie schodów usłyszałem czuły głos (t.i.). Nie wierzyłem. W wolnym tempie pokonałem dystans dzielący mnie do podłogi w salonie. Przystanąłem i niczym jak w najcenniejszy obraz wpatrywałem się jak moja narzeczona trzyma w swoich objęciach naszą córeczkę i śpiewając jej kołysanki próbuje utulić ją do snu. Mała zaś, jest zbyt zafascynowana nową osobą w swoim otoczeniu i ani jej się śni spać, tylko patrzy na (t.i.) dużymi oczami.
- Przepraszam Liam. - mówi moja ukochana, widząc moją osobę w tym samym pomieszczeniu. - Nie wiem jak mogłam być tak głupia i w taki sposób mówić na ten maleńki cud. - z rozczuleniem patrzy na czteromiesięczną Hope, a w jej oczach pojawiają się łzy wzruszenia, podobnie jak w moich.
- Ciiii... - przytuliłem je obie do siebie. - Już wszystko dobrze. Od tej pory będziemy prawdziwą, kochającą się rodziną. - pocałowałem je obie w czoło
- Kocham Cię Liam. - patrzy prosto w moje oczy. - Hope oczywiście też kocham.
- Kocham Was obie....



Witajcie Kochani!
Na wstępie przepraszam za moją długa nieobecność w dziejach bloga.
Nie miałam ani czasu, a tym bardziej weny.
Ten imagin nie jest jakimś szałem, nawet mi się podoba, co rzadko się zdarza. 
Ostatnio przeglądając zakładkę pomysły natknęłam się na prosbę, o napisanie czegoś w rodzaju depresji po porodowej. Przeczytałam trochę o tym w internecie, jednak wyszło, jak wyszło. 
Liczę, że w komentarzach pojawią się szczere oceny tego postu, a już niedługo dodam imagin z Harrym! 

7 komentarzy:

  1. Najlepszy jaki do tej pory czytałam . Więcej takich <333333333333

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie to piękne .....

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakie słodkie, o boże...
    Hope, nadzieja na lepsze jutro.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejcia jest przepiekny ! A Liam tu idealnie pasuje <3 wiecej takich xx

    K.CL

    OdpowiedzUsuń
  5. Aż sama nie wiem jakich słów mam użyć ..
    Pod koniec czytania tego imagina , to .. mam łzy w oczach *-*

    OdpowiedzUsuń
  6. Na prawdę świetne!
    Teraz tylko szukać oryginalnych pomysłów ;) x

    OdpowiedzUsuń
  7. Ojj... poprostu wspaniałe i jeszcze taki czuły Liam. Brak słów. Wielkie gratulacje !!!

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3