środa, 3 lipca 2013

Five Hundred Twenty-Eight.

Imagin na zamówienie.
Z dedykacją dla Soni W. ;*

Nienawidzę dni, w których jest w domu. Może to dziwne ... w końcu jesteśmy razem.  Ja po prostu się go boję. Boję, a za razem kocham...czy to nie chore? Tak, uważam, że to jest chore. On, jego zachowanie, to nie jest normalne! Raz : opiekuńczy, kochający, mój Louis, ten, którego tak kocham.
Innym razem .. zwykły potwór. To dlaczego z nim jestem? Bo nie chcę odchodzić, bo mam nadzieję!
Rozmyślałam pocierając bolesne siniaki przykryte grubą warstwą korektora. Ludzie nie wiedzą, jak by zareagowali, nawet nie chcę o tym myśleć. Klucz przekręcił się w drzwiach. O nie. Wrócił wcześniej z pracy.
Podniosłam się do pozycji siedzącej i wsłuchiwałam się w dźwięk kroków. Szedł tu. Mimo wszystko serce nadal biło szybciej na jego widok. Motylki w brzuchu dawały o sobie znać. Położył telefon na szklany stolik obok.
- Dzwoniłem do ciebie - zamilkł na chwile - kilka razy.
- Przepraszam nie słyszałam - spuściłam wzrok na znak skruchy.
- Wiesz, że nie lubię kiedy się mnie ignoruje - zacisnął szczękę i przyglądał mi się gniewnym wzrokiem.
- Powiedziałam, że przepraszam! - odważyłam spojrzeć się na niego. Po chwili upadłam na ziemie pod wpływem mocnego uderzenia. Złapałam się za piekący policzek i wstrzymałam oddech. Obserwowałam jak jego twarz się zmienia, gniew uchodził, a na jego miejscu pojawiała się troska. Miał wyrzuty sumienia. Uklęknął przede mną i złapał za obolałe miejsce.Załkałam cicho, a on wtulił się w moje drobne ciało. Już nie czułam strachu, Chryste .. co on w sobie takiego ma? Dusza dziewczyny jest jak ocean - mimo, że każdy go zna, nadal skrywa wiele tajemnic. Louis posadził mnie sobie na kolanach, nawet nie wiem kiedy usnęłam.
~*~
Poranne promienie słońca wdarły się do pokoju. Niechętnie podniosłam powieki, przekręciłam głowę na drugą stronę. Miejsce obok mnie było puste - wyszedł do pracy. Zrzuciłam z siebie grubą kołdrę i powstałam na równe nogi. Lekkie zawroty głowy i mdłości, pobiegłam do łazienki. Podniosłam deskę klozetową i zwymiotowałam. Co jest? - powiedziałam sama do siebie. Niepewnie otworzył pierwszą szafkę od dołu. "Test ciążowy" .. nie to na pewno nie to! To nie może być to!
~*~
Chodziłam od kąta w kąt trzymając w ręku mały, biały przedmiot. Jeszcze raz na niego spojrzałam - 2 kreski. Nie może być! On mnie definitywnie zabije! Usiadłam w wygodnym, czarnym fotelu i zalałam się łzami.

Drzwi frontowe otworzyły się, a w nich stanął uśmiechnięty Lou. Nie codzienny widok, nie powiem.
- Cześć słońce ...płakałaś? - zapytał zaniepokojony.
- Nie. - skłamałam, to nie skończy się dobrze.
- Przecież widzę, że tak. - czym prędzej wstałam i uciekłam do sypialni. Może to nie najlepsze rozwiązanie, ale spanikowałam. Wsłuchiwałam się w jego kroki. Przymknęłam oczy na myśl co się zaraz stanie. Muszę być dzielna, tak czy inaczej mnie zabije. Wyszłam z pomieszczenia i teraz oboje staliśmy na półpiętrze. 
Spojrzał na mnie, a następnie na test trzymany przeze mnie w lewej dłoni.
- Co to jest?
- Jestem w ciąży Louis - odparłam szybko przy zamkniętych oczach. Nie chciałam widzieć jego reakcji.
Cisza. Powoli podniosłam powieki. Jego twarz była bez emocji. Zacisnął dłoń w pięść, a jego oddech stał się nie regularny. Popchnął mnie na ścianę, zadygotałam pod wpływem jej zimna. Zaczęła się szarpanina, nie chciałam być mu dłużna, nie tym razem. Chwycił mnie za włosy i z otwartej dłoni przyłożył w twarz. Na biały dywan pod nami spadły pierwsze krople krwi. Strach ogarnął moje ciało, czułam, że jestem sparaliżowana. 
Kolejny siarczysty policzek, zachwiałam się. Podszedł bliżej mnie, a ja z przyzwyczajenia wykonałam krok do tyłu. Wydałam z siebie głośny krzyk, kiedy nie poczułam grunty pod nogami. Sturlałam się po schodach. Obraz był zamazany, a dźwięki niewyraźne. 
- [t.i]! - ostatnie co usłyszałam to głos mojego chłopaka.
~*~
Otworzyłam oczy i obejrzałam się dookoła. To zdecydowanie nie był mój dom. Zapach oraz otoczenie podpowiadało mi, że to szpital, ale co ja tu robię? Wspomnienia wczorajszego dnia stanęły mi przed oczami.
Do sali wszedł Louis wraz z lekarzem. Około 45- letni mężczyzna sprawdził zawartość kroplówki i podszedł do mnie. Chciałam wstać, jednak ból przeszywający ciało nie dał mi na to pozwolenia.
- Pani [t.n], bardzo mi przykro. - chwycił mnie za dłoń.
- Alee .. dlaczego? - byłam zdezorientowana.
- Niestety straciła pani dziecko. - jego słowa wywołały kompletny mętlik  głowie i nie wyobrażalne ukłucie w sercu. Wydałam z siebie cichy jęk, a po chwili zaszkliły mi się oczy. Lekarz z wyraźnie smutną miną opuścił salę zostawiając mnie sam na sam z Tomlinsonem. To.. to był koniec. 
- To wszystko twoja wina!! - krzyknęłam przez łzy, cicho zaszlochałam.
- Kochanie, przepraszam, naprawię to jakoś!
- Co ty chcesz naprawić? Bijesz mnie od lat, a teraz to?! Ja przez ciebie poroniłam! 
- Wszystko się ułoży, przecież się kochamy! - usiadł koło mnie i przyłożył dłoń do mojej twarzy.
- Nie Louis, to koniec. Wyjdź i więcej nie wracaj.

Pora zacząć nowe życie, życie bez niego.

____________________________________________________
Sonia, mam  nadzieję, że o coś takiego ci chodziło.
Oby się wam spodobał! xoxo.

6 komentarzy:

  1. Cudny :( Tylko szkoda, że smutne zakończenie ;C

    OdpowiedzUsuń
  2. Smutny, ale pięknie napisany :) dodajcie wreszcie co wesołego!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny !! <3 :[

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak smutaśny ;C ale śliczny!

    OdpowiedzUsuń
  5. Smutno sie zakonczyl,ale i tak jest piekny xx

    K.CL

    OdpowiedzUsuń
  6. smutny taki trochę :c
    ale jest świetny.

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3