wtorek, 4 marca 2014

Six Hundret Fifty - Four

*Na początku chciałam zaznaczyć, że w imaginie 1D nie istnieje ;)*

   
                                                                                                                      *muzyka*

      Czasami zastanawiam się czy nie popełniłam największego błędu w swoim życiu. Teraz mam na głowie o wiele więcej obowiązków, niż wtedy, gdy jeszcze nie byłam z Harrym. Często o tym myślę, ale za każdym razem dochodzę do wniosku, że jednak kocham tego podłego palanta. A za co? Sama tego nie wiem... można rzec, że to zwykły ćpun, alkoholik. Niektórzy pewnie nazwaliby go człowiekiem, który nie ma przyszłości i to chyba prawda. Sądzę, że gdyby nie ja, jego już by nie było na tym świecie. Naprawdę chcę mu pomóc. Robię wszystko, żeby ograniczał to świństwo. Może to dziwnie zabrzmieć, ale spotkałam go na odwyku. W tej samej sali, w której umarł mój brat... przedawkował. Harry był w podobnym stanie, ale lekarze go uratowali. Pomyślałam, że to może być znak, od mojego kochanego braciszka. Nigdy nie chciał, żebym mu w jakikolwiek sposób pomagała, a ja tak bardzo chciałam. On o tym wiedział. Może dlatego Harry zjawił się w tym samym czasie w szpitalu? Teraz sama nie wiem co mam o tym myśleć, ale chyba nawet dobrze, że wtedy byłam przy chłopaku. Pamiętam dzień, kiedy wydobrzał. Zapytał mnie dlaczego tu jestem. No i chyba tak się zaczęła moja wojna z narkotykami.
      Harry nie lubił kiedy zakazywałam mu ćpać, chociaż doskonale wiedział, że to dla jego dobra. Nie chciał jednak żadnej pomocy, dokładnie tak jak mój brat. Czasami potrafił porządnie się na mnie wydrzeć, raz nawet uderzył, ale żałował. Przeprosił od razu po tym jak zrozumiał co zrobił. Wtedy go znienawidziłam do końca. Miałam serdecznie dość tego tępego palanta, jednak ciągle coś mnie trzymało blisko niego. Potrafiłam przepłakać kilka dni, przez to, że nie wiedziałam czy go nadal kocham, czy go nienawidzę. Nie powinnam go nienawidzić, za jego chorobę, którą było uzależnienie, ale on nawet nie chciał z tym walczyć! Ciągle ćpał i ćpał. Przestawał maksymalnie na kilka dni widząc, w jakim jestem stanie. Ostatnimi czasy jednak jest tępy jak zardzewiały gwóźdź. Nic do niego nie dociera. Codziennie wciąga kolejną, coraz większą porcję białego proszku.
      Tego dnia miałam dosyć. Kolejny poranek zaczęty od kłótni. Tym razem było jednak inaczej. Gorzej. Słowa, które wypowiedział z taką łatwością... zraniły mnie tak potwornie. Stanęłam przed swoją szafą i zaczęłam przerzucać wszystkie rzeczy do walizki. Nie miałam ich aż tak wiele, więc bez problemu się spakowałam. Zamknęłam drzwi na klucz i usiadłam w kącie, w którym zazwyczaj wylewałam swoje łzy. Musiałam ochłonąć, zastanowić się co dalej. "Nie kocham Cię, jesteś dla mnie tylko udręką!" - te słowa ciągle krążyły w mojej głowie. Jak on mógł? Zastanawiałam się, czy to rzeczywiście powiedział on, czy jego chęć wciągnięcia kolejnej dawki. Próbował wejść, przepraszać. Trzaskał drzwiami, nic mu z tego. Nie wyjdę dopóki nie odejdzie. Siedziałam tak i myślałam. Sama nie wiem o czym. Miałam kompletny chaos w głowie. Nie myślałam racjonalnie, ale w pewnym momencie wstałam i po prostu wyszłam. Wzięłam walizkę. Rzuciłam chłopakowi bezuczuciowe spojrzenie i wyszłam. Nawet się nie pożegnałam... potem tego żałowałam.
      Minął ponad miesiąc. Harry dzwonił kilka razy. Nie odebrałam. Nie chciałam się z nim więcej kontaktować. Sumienie dawało mi do zrozumienia, że nie powinnam zostawiać go samego w takim stanie, ale nie potrafiłam się ponownie podnieść po upadku i wrócić na ten sam tor. Zmieniłam ścieżkę życia, czułam się wolna. Zaczęłam prowadzić naprawdę beztroskie i bezproblemowe życie. Wreszcie cieszyłam się każdego ranka. Na mojej twarzy coraz częściej można było dostrzec uśmiech, o którym zapominałam.
      Pewnego wieczora zadzwonił Louis. Przyjaciel Harrego, który wyszedł z tego cholerstwa. Dzwonił z zapytaniem o bruneta. Nie wiedział co się z nim działo, nie odzywał się. Wtedy bez zastanowienia chwyciłam kluczyki od samochodu i podjechałam pod bardzo dobrze znany mi adres. Zatrzymałam się przed domem i wzięłam kilka głębokich wdechów, zanim wyszłam z auta. Stanęłam przed drzwiami i zapukałam. Nic... cisza. Użyłam dzwonka. Taka sama reakcja. Zaczęłam zdenerwowana szukać kluczy zapasowych w mojej torebce. Zajęło mi to trochę czasu. Nigdy nie miałam tam porządku. Kiedy wreszcie je znalazłam nerwowo włożyłam je do zamka i przekręciłam trzy razy. Wparowałam do środka, w którym panował mrok. "Byle nie to. Harry powiedz, że nic nie odwaliłeś..." - powiedziałam na głos, sama do siebie. Wbiegłam do jego pokoju i... "Harry! Harry do cholery! Harry... proszę odezwij się. Proszę..." W tym momencie żałowałam, że go zostawiłam. On mnie potrzebował i przez to, że odeszłam zrobił to, czego bałam się przez te cholerne kilka lat. Wtedy uświadomiłam sobie też, że jednak go kochałam. Strasznie go kochałam i nie potrafiłam się pogodzić z tym, że jego już nie ma, że przedawkował przeze mnie, że on naprawdę to zrobił. Zadzwoniłam po karetkę, potem przyjechała policja. To już koniec. Louis próbował mnie pocieszać, ale co mi po tym? Już zawsze będę żyła ze świadomością, że on mógłby żyć, gdyby nie ja. No i też niespecjalnie chce mi się siedzieć w psychiatryku. No tak... nie wytrzymałam. Chciałam się zabić, jednak nic z moich starań. Niebieskooki chłopak w ostatnim momencie mnie uratował. Miałam mu to za złe. Nie chciałam dłużej żyć. Potem próbowałam wszystkiego: głodówki, podcinania żył, rzucenia się pod auto. W każdym z tych momentów pojawiał się on. Kiedyś miałam sen, że to Harry nakazał mu być moim aniołem stróżem. Opowiedziałam mu to, a on się śmiał. Chyba od tego momentu mój stan psychiczny się polepszył. Zdecydowałam się na leczenie i mimo iż jest tu potwornie, to nawet cieszę się, że robię takie postępy. Wylewam swoje wszystkie smutki na kartki papieru, które następnie zanoszę na grób Harrego. Zazwyczaj gdy mam przepustkę proszę Louisa, żeby mnie tam zabrał. Wierzę w to, że mój kochany to czyta. Czyta wszystko co napisałam, no i wierzę też w to, że mi wybaczył...


Cześć, cześć, cześć! Komentarze do mojego pierwszego imagina były naprawdę cudowne i aż ciepło mi się na serduchu zrobiło! Dziękuję wam serdecznie! Dzisiaj znów troszkę pozamulamy, chyba przez tą pogodę. Możecie włączyć muzykę do lepszego efektu. :) Z góry przepraszam za wszelakie błędy, czy niezrozumiałą fabułę, ale piszę to od razu bez poprawek, więc wiecie. Także życzę miłego czytania i mam nadzieję, że się spodoba! :) - Bee.

5 komentarzy:

  1. Ech.. popłakałam się.. Smutne. To nie zmienia faktu, że jest pięknie napisany ! *_* Gratuluję talentu :) Świetnie piszesz
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow , nigdy nie czytalam czegos takiego *-*

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam ten imagin dwa razy.. raz bez muzyki, a drugi z. Trochę żałuję, że za pierwszym razem nie włączyłam, ale.. ta piosenka podtrzymuje taki fajny klimat. Mam łzy w oczach.. czekam na następny :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3