piątek, 20 czerwca 2014

Seven Hundred Two

Coś a'la scena erotyczna pojawia się w tekście.

- To jak spadanie.
- Co? - zapytałem, prawie pewien lub nie, że coś mówił. 
- Umieranie. Jest jak spadanie. - Uśmiechnął się, choć nie odzwierciedlało to radości. - Możesz zobaczyć dno i wiesz, że w nie uderzysz. Mocno.
Mój oddech się zawiązał.
- To nie znaczy, że nie możesz cieszyć się lotem.

Idąc w niedzielne popołudnie do sklepu czułam się tak... Swojsko. Mijałam te same domy, szłam tymi samymi dróżkami, mówiłam te same słowa przy kasie, spotykałam tych samych sąsiadów. Niebo było błękitne, na zachodzie zmieniając barwę na lekko szarą, pokrytą kłębiastymi chmurami. Znałam to miejsce tak dobrze. Wychowałam się na kawałku tej ziemi w dużym, ceglanym domu z lat 30, który z czasem został ocieplony i ozdobiony żółtym tynkiem, teraz już nieco zabrudzonym. Blachodachówka była grafitowa i miała około 2 lub 3 lata. Podwórko otoczone było starym, aż proszącym się o wymianę chodnikiem, a za domem znajdował się budynek gospodarczy. I jasne, nie była to willa. Ale to były wspomnienia, dzieciństwo i wszystko inne, co tak bardzo kochałam i czasem też nienawidziłam, będąc dzieckiem.
Położyłam pieniądze i zakupy na blacie, a kiedy odwróciłam się, by wejść po schodach na górę, zobaczyłam w progu kuchni tatę.
- Gotowa? - zapytał z uśmiechem, pomimo, że jego oczy były smutne.
- Jak nigdy wcześniej - westchnęłam wzruszając ramionami.
- Pożegnałaś się z...
- Nie i dobrze wiesz, że nie mam zamiaru, tato - przerwałam mu w pół słowa, marszcząc brwi, po czym ruszyłam po schodach do siebie, słysząc jeszcze za plecami wołanie ojca:
- On na to nie zasłużył, Delilah!

Jazda była cicha. Mama czytała książkę, tata prowadził, a ja... cóż. Padało, a krople deszczu powoli spływały po lekko zaparowanej szybie auta. Mijaliśmy wioskę, której zdawałam sie nigdy wcześniej nie widzieć. Wydawało się, że ludzie tam nie przejmowali się czasem, który przelatywał im przez palce i spokojnie przechadzali się po kamiennej dróżce, po której jechaliśmy. Przeglądałam stare SMS-y, kiedy natknęłam się na ten jeden, dogłębnie raniący moje serce.
Gdybym mógł kupić ci czas, chciałbym to zrobić.
- Dobrze się czujesz? - zapytał tata. - Mam się zatrzymać?
- Nie, jest w porządku - mruknęłam, pocierając opuszkiem kciuka ekran telefonu. Szybko wystukałam odpowiedź, przez chwilę zastanawiając się, czy to w porządku, że odpowiadam tak późno.
Ale nie możesz.
Pociągnęłam nosem, przyciągając kolana pod brodę. Zerknęłam okiem na tatę który tak bardzo skupił się na drodze, że nie zwrócił uwagi na łzy płynące powoli po moich policzkach. Zaczynałam żałować, że nie powiedziałam Niallowi o wyjeździe. Ale tak było lepiej. Z czasem po prostu zapomni. Daisy też zapomni. Jest jeszcze za mała, by kiedy podrosła, pamiętała o mnie, wkurzającej starszej siostrze. Rodzice też z czasem zapomną.
- Delilah, jesteśmy na miejscu - szepnęła z ciepłym uśmiechem na ustach mama. Odwzajemniłam go i wyszłam z samochodu, przeciągając się. Zmierzyłam wzrokiem kilkunastopiętrowy, oszklony szpital i odetchnęłam. Tata wyjął z bagażnika moją walizkę i karton z rzeczami, po czym podał go mamie, a sam wziął do ręki torbę.
- Załatwiliśmy ci pokój na górze - odparł, patrząc w szare niebo.
- Dziękuję - powiedziałam, choć nie do końca byłam pewna, czy chcę mieszkać na górze.
Ha! Mieszkać w szpitalu. No, tak. Od teraz miałam mieszkać pośród skupiska chorych starców i umierających dzieci. Z resztą, sama byłam jednym z nich.
- Przepraszam, jeśli to zabrzmi niegrzecznie, ale czy możecie już jechać? Zawołam pielęgniarza, on we wszystkim mi pomoże, ale po prostu... jedźcie już do domu - szepnęłam.
- Oh, skarbie - zaszlochała mama i wzięła mnie w ramiona. - Wszystko będzie dobrze, wyzdrowiejesz i do nas wrócisz.
- Wiem mamo, wiem. Ucałujcie ode mnie Daisy i... Nialla - rzuciłam i weszłam do środka po pielęgniarza, a rodzice pojechali do Mullingar. Witaj w domu, Delilah.

Dublin, półtora roku później
To śmieszne, że kilka maszyn wyznacza rytm bicia ludzkiego serca, a jakaś radioaktywna tuba daje nam kilka miesięcy życia. Ale cóż, tak właśnie jest.
- Hej, Delilah! Harry idzie po pączka do bufetu, chcesz coś? - zapytał Louis, wyrywając mnie z przemyśleń.
- Boże Tomlinson, wybacz, ale nienawidzę twojego poczucia humoru* - mruknęłam.
- Przepraszam, pączusiu - zachichotał.
- Zamknij się - jęknęłam w poduszkę.
- Wszystko w porządku? - rzucił lekko zmartwiony, co wywnioskowałam po tonie jego głosu.
- Mam pieprzonego raka, straciłam włosy i chyba umieram, czy serio wygląda, jakby było w porządku, Lou? - szepnęłam, odwracając się twarzą do jego łóżka.
Louis był ze mną na sali od 8 miesięcy, ale pokochałam go już pierwszego dnia, kiedy pokazał tyłek najgorszej pielęgniarce na naszym oddziale.
- Nie umierasz Delilah, przestań tak gadać, to serio nie jest śmieszne.
- Oh, serio? Tymczasem twoje żarty są. Normalnie idzie się zsikać w majtki -  wymamrotałam sarkastycznie, na co Tommo zaśmiał się cicho. - Jezu, chyba się zaraz porzygam.
Zasnęłam. Ot tak, jakby ktoś pstryknął mi palcem przed nosem i zapadłam w stan hipnozy. Śnił mi się Niall. Jego uroczy uśmiech i błyszczące oczy, chude nogi, sprośne żarty i irlandzki akcent. Kiedy się obudziłam, był środek nocy. Spojrzałam przez okno na księżyc w pełni. Zdałam sobie sprawę z tego, że tęsknię. I może gdybym pozwoliła mu ze mną zostać, byłby mniej zraniony, niż jest. O ile jest. Nie rozmawiałam z nim od czasu wysłania SMS-a w drodze do szpitala. Nie odezwałam się więcej. On również. Zastanawiałam się, czy o mnie myśli, czy wyjął moje zdjęcie z portfela i czy nadal bawi się z Daisy, pod moją nieobecność.
Mój telefon zawibrował.
Mogę próbować, jeśli to jest to, czego chcesz, Delilah. Wciąż jestem tu dla ciebie, moje kochanie.
Czytałam tę wiadomość całą noc i połowę następnego dnia. Louis śmiał się ze mnie, a Harry ganił go za każdym razem, kiedy to robił. Minęło ponad półtora roku i nawet w najśmielszych snach nie myślałam, że czeka. Ale czekał.
Pisk na korytarzu oznaczał tylko jedno i mój śmiech rozniósł się po całej sali, kiedy wpadła do niej Daisy, a zaraz za nią zdyszany ojciec.
- Skubana, jest coraz szybsza - wydusił, a 3-latka wspięła się na moje łóżko.
- Gdzie mama? - spytałam, bawiąc się warkoczykiem siostry.
- Rozmawia z lekarzem, myśleliśmy o zabraniu cię do domu na trochę, co ty na to? - odparł, a ja skamieniałam.
To jest mój dom, tato.
- Jeny Delilah, jedź! - jęknął Louis, widząc moją minę, a ja spojrzałam na niego zabójczo. - Popatrz na to tak, masz gdzie wracać, kiedy już wyzdrowiejesz.
- Ty też masz Louis - broniłam się.
- Gdzie, do pijanego ojca, który nie odwiedził mnie ani razu, czy do studiującego Harry'ego, wynajmującego pokój u starszej pani? - zaśmiał się, choć wiedziałam, że to go bolało. - Jedź Delilah, jedź póki możesz. Niedługo znowu masz chemię, kilka dni w domu dobrze ci zrobi.
- Ale ty... Zostaniesz tutaj sam - zająknęłam się. Było mi szkoda Lou.
- O niczym innym nie marzę, niż o pozbyciu się twojego tyłka stąd - wyszczerzył się, a ja wywróciłam oczami.
- No to postanowione - klasnął w dłonie tata.
Taa, postanowione.

Mullingar nie zmieniło się ani trochę przez ostatnie półtora roku. Rodzice wycięli to paskudne drzewo spod okna mojego pokoju i byłam im wdzięczna, ponieważ tydzień w domu, zamierzałam spędzić na parapecie.
- Delilah! Kilku znajomych chce się z tobą zobaczyć, mogą wpaść wieczorem? - zawołała mama.
- Kto?
- Alex, Claudia, Arcadius i Noah! - krzyknęła z parteru.
- Jasne, niech wpadną - odkrzyknęłam, ponownie zatapiając wzrok w sylwetce mojego taty, myjącego auto.
I wtedy to we mnie uderzyło.
Wyszedł z domu i z tym oszałamiającym uśmiechem na ustach podszedł do ojca, witając się z nim. Porozmawiali trochę po czym wrócił do domu, a ja miałam wrażenie, jakby moje serce stanęło. Był tam. Czekał. Uśmiechnęłam się lekko do siebie. Zeszłam z parapetu i przebrałam się z piżamy. Chwyciłam do ręki telefon, sprawdziłam wszystkie portale społecznościowe. Wystukałam również odpowiedź na SMS Nialla i kiedy ją wysłałam, do drzwi zadzwonił dzwonek.
Wiem skarbie. Dziękuję.
- Delilah! Masz gości! - krzyknęła mama, a na mojej twarzy zagościł ogromny uśmiech. Napisałam do Louis'ego, jak się ma i najszybciej, jak mogłam zeszłam na dół.
- Delilah! - zawołali wszyscy i rzucili się na mnie z uściskami.
- Ostoznie! - pisnęła Daisy wchodząc do przedpokoju w samej pieluszce. Wszyscy zaśmiali się, a mama szybko zabrała siostrę na ręce.
- Wejdźcie do salonu - oznajmiłam.
Rozsiedliśmy się na kanapach i zaczęliśmy rozmawiać, jak za starych, dobrych czasów.
- Słyszeliście już o Niallu? - zaczęła temat Alex. Wszyscy pokręcili przecząco głowami. - Jego ojciec zginął na froncie we wtorek - oznajmiła.
Nie. Nie, to niemożliwe. Przecież dzisiaj Niall był taki szczęśliwy. To nie mogła być prawda.
- Co z Niallem? - zapytał Arcadius.
- Podobno wszystko OK.
Nie mogło być OK. Niall miał tylko ojca, nie mogło być OK!
Wszyscy zostali do 23.00. Zadawali mi różne pytania, jakby serio życie w szpitalu było choć odrobinkę ciekawe. Kiedy wrócili do swoich domów chciałam iść do Nialla, jednak mama wyraziła sprzeciw, kazała wziąć lekarstwa i odesłała mnie do pokoju. SMS-owałam z Louis'm, który narzekał, że nikt go nie odwiedza i, że mu się nudzi.

Ranek nastał szybko. Zaczął się od tabletek i krótkiej gimnastyki. Była piękna pogoda. Chciałam zabrać Daisy do parku, ale mama - jak zwykle z resztą - nie zgodziła się. Natomiast tata wręcz przeciwnie. Kiedy tylko mama pojechała do pracy, zabrałam torebkę z zabawkami i jedzeniem dla siostry i chwyciłam jej małą rączkę. Park diametralnie się zmienił, w ciągu 18 miesięcy mojej nieobecności. Zbudowano w nim plac zabaw, odnowiono ławki i zadbano o trawę. Fontanna ze wszystkich stron świeciła się kolorami tęczy i dostała też swoje imię: Fontanna wojowników. Uśmiechnęłam się. Byłam wojowniczką. Usiadłam na trawie, kiedy tuż obok mnie Daisy budowała zamek z piasku, wystawiając język w skupieniu. W oddali zauważyłam grupkę facetów z papierosami. Matki dzieci oburzały się, że zatruwają powietrze. Przewróciłam oczami na ich komentarze. Mężczyźni rozdzielili się. Jeden z nich szedł w naszą stronę. Niestety mój niegdyś sokoli wzrok pogorszył się po serii zabiegów, która miała pomóc zwalczyć raka krwi. Nie pomogła, pogorszyła moją i tak już beznadziejną sytuację. Zmrużyłam powieki.
Szedł do mnie. Był niemal tak blisko, że mogłam poczuć Axe Caramel, którego zawsze używał.
- Niall! - pisnęła Daisy podnosząc się z piasku i pobiegła w stronę chłopaka, by chwilę potem przytulić się do jego nóg. Blondyn podniósł dziewczynkę i wziął ją na ręce.
- Cześć skarbie - powiedział z uśmiechem, pocierając swoim nosem o jej.
Wstałam, przez co zwrócił na mnie swoją uwagę. Wyglądał na nieco zbitego z tropu, ale szybko odstawił Daisy na ziemię i przytulił mnie bardzo mocno.
- Delilah - szepnął, gładząc mnie po włosach.
- Niall - mruknęłam w jego szyję, zdając sobie sprawę z tego, jak idealnie moja głowa wpasowywała się w miejsce pomiędzy jego głową, a ramieniem. - Tęskniłam.
- Też tęskniłem, skarbie - rzucił, nie wypuszczając mnie z objęć. - Wróciłaś na stałe?
- Nie Niall. Zostaję jeszcze 3 dni, potem wracam - oznajmiłam, choć każde z tych słów wypowiadane w jego stronę paliło moje serce.
- Dlaczego tam wyjeżdżasz? - spytał ledwo słyszalnie, muskając swoimi ustami moją szyję.
- Czeka mnie kolejna chemia. Jestem chora, kochanie - odparłam, drapiąc go po głowie.
Pierwszy raz od półtora roku czułam się silna i zdrowa, by móc dalej iść przez życie. Ale dobrze wiedziałam, że nie mogę.
- Nie zostawiaj mnie - jęknął i zaszlochał, a ja zdałam sobie sprawę z tego, że pękł. - Jestem, jestem sam. Nie pozwól mi być samemu, proszę Delilah. Nie pozwól.
Stałam tak, trzymając go w ramionach, obserwując Daisy i po raz pierwszy nie miałam pojęcia co powinnam zrobić i powiedzieć, żeby było w porządku. Otarłam jego łzy. Zmienił się. Jego tęczówki przybrały granatową barwę, a pod oczami widniały ogromne fioletowe sińce. Policzki miał zapadnięte, a włosy nieuczesane i zmierzwione.
- Coś wymyślimy Niall, nie będziesz sam. Nie będziesz.

Wróciliśmy do domu pół godziny później. Daisy od razu wzięła popołudniową drzemkę, a ja zabrałam Nialla do mojej sypialni. Rodzice bardzo dokładnie posprzątali ją przed moim przyjazdem. Pomalowali ściany na kolor biały i wyrzucili do śmieci głupie, zakurzone pamiątki z obozów, na które jeździłam, jako dziecko. Ich miejsce zajęły różne zdjęcia, oprawione w białe, drewniane ramki. Na jednym byliśmy całą rodziną i były to 70 urodziny dziadka Stevena. Kolejne przedstawiało mnie, trzymającą na rękach nowo narodzoną Daisy. Na następnym uwieczniona została cała moja paczka, od lewej: Claudia, Noah, Alex i Arcadius, a w środku, pomiędzy nimi, ja. I ostatnie, przywołujące najwięcej wspomnień. Ja i Niall, siedząc u niego za domem, na starej huśtawce, którą wykonał jego tata. Uśmiechaliśmy się, huśtając i trzymając za ręce. Niall przyglądał się dokładnie każdej fotografii, biorąc ją w dłonie i skanując wszystkie twarze znajdujące się na niej.
- Jak tam jest? - zapytał nagle.
- W szpitalu? - odparłam, a on spojrzał na mnie i pokiwał głową, po czym wrócił do oglądania zdjęć. - Cóż, tam jest... Chyba smutno. To znaczy wiesz, to okropne uczucie, kiedy jednego dnia układasz z dzieckiem puzzle w świetlicy, a następnego dziecko już nie żyje. Jest też Louis. Nazywamy się "przyjaciółmi od raka", choć prawdopodobnie to odrobinę przygnębiające. Jest jedyną osobą aż tak pozytywnie myślącą na całym oddziale. Nikomu kogo widzi nie pozwala się smucić i jest po prostu wspaniały. Kiedy miał 3 lata zdiagnozowano u niego raka kości. Po roku był już zdrowy, ale rok temu rak wrócił i tym razem objął całą tkankę kostną, a następnie przerzucił się na płuca. Jego nowotwór jest tak zaawansowany, że nic mu już nie pomoże - mój głos zadrżał. Kochałam Louis'ego. Należał do tego typu ludzi, których bez względu na wszystko nie da się nie kochać. A teraz przesądzone już było to, że pewnego dnia... Jego serce się podda. Mimo, że Louis nienawidził się poddawać to tym razem musiał.
- Chciałbym go chyba poznać - mruknął Niall, a ja uśmiechnęłam się lekko.
- Sądzę, że moglibyście być dobrymi przyjaciółmi - powiedziałam. - Niall? Jak się czujesz?
- To trochę... Dziwne. Że taty już tu nie ma. Nie bardzo to do mnie dociera. Nie rozumiem tego.
Ja też Niall.

Następnego dnia oglądaliśmy wspólnie filmy i mało rozmawialiśmy. Głównie udawaliśmy, że sceny z komedii nas śmieszą i wymuszaliśmy uśmiechy. Wieczorem pożegnaliśmy się i umówiliśmy na następny dzień. Zjadłam kolację z rodzicami i pobiegłam na górę, by zatelefonować do Lou.
- Dodzwoniłaś się do domu pogrzebowego Czy to już?, nazywam się Louis Tomlinson, mogę przyjąć zamówienie?
- Boże, jesteś takim kretynem - zachichotałam. - Cześć, Lou.
- Cześć, przyjaciółko od raka - wychrypiał, a ja dopiero teraz zorientowałam się, że coś jest nie tak.
- Louis? Co się dzieje? - zapytałam zaniepokojona.
- Chyba to, co prędzej czy później zadziać się musiało, Delilah - odparł. Słyszałam jego krzywy uśmiech.
- Lou - jęknęłam desperacko. - Nawet nie próbuj, słyszysz? Czy Harry jest gdzieś obok? Daj mi go do telefonu.
- Nie ma go tu, Delilah. Powiedziałem, że ma iść do domu się przespać i wrócić rano. Ale ja... Chyba nie zobaczę go rano. Chyba już nigdy.
- Louis nie wygaduj bzdur! Wszystko będzie w porządku!
- Nie Delilah! Przestań ciągle żyć myślą o nieśmiertelności! Mam cholernego kostniakomięsaka, a ty białaczkę, więc weź się w garść, bo i tak umrzemy wcześniej, niż byśmy tego chcieli i zostawimy tutaj wszystkich, których kochamy - między nami zapadła cisza. - Przepraszam - odpowiedział po chwili.
- Jest OK, masz rację. Po prostu... Nie cierpię myśli, że ktoś tak wspaniały, jak ty musi opuścić ten cholerny świat.
- To dobry świat, Delilah. I to wszystko co się z nami dzieje też jest dobre. Musisz tylko spojrzeć na to inaczej. A teraz wybacz przyjaciółko od raka, ale jestem okropnie zmęczony. Dobranoc.
- Nie poddawaj się Louis. Dobranoc.
I była to moja ostatnia rozmowa z Louis'm Tominsonem.

Następnego ranka wstałam nieco smutna. Padał deszcz, a ja i Niall mieliśmy wybrać się na piknik. Rodzice pojechali z Daisy do Dublina na okresowe badania. Krótko po ich wyjeździe zadzwonił dzwonek i Niall wpadł do mojego domu, przyciskając mnie do ściany. Całował dobrze, ale gwałtownie. Podniósł mnie, a ja oplotłam go nogami w pasie. Zaniósł mnie do sypialni i delikatnie ułożył na łóżku. Całowałam jego twarz, nie wiedząc czy na jego policzkach jest deszcz, czy łzy. Zdjęłam jego koszulkę, a on moją. Uśmiechnął się czule, całując mnie w nos, a ja zachichotałam.
- Kocham twój śmiech - mruknął po czym złożył pocałunek na moich powiekach, policzkach, aż w końcu na ustach.
Zajęłam się odpinaniem jego spodni krótko po tym, kiedy moje leżały już na podłodze.
- Tak bardzo cię kocham - wyszeptał chwilę później i wszedł we mnie.
To było delikatne. Przepełnione całusami i chichotem, kiedy połaskotał mnie dłonią po brzuchu. Było idealne. Leżeliśmy splątani pod kołdrą, a o parapet stukał deszcz. Niall nucił pod nosem, trzymając podbródek na mojej głowie. Usłyszałam bardzo wyraźnie, kiedy zanucił do mojego ucha:
- I can't help falling in love with you*.
I zasnęłam.
Obudziłam się sama, kiedy wrócili rodzice. Szybko się ubrałam i nie mogłam powstrzymać uśmiechu na swojej twarzy przez resztę dnia.

- Tu poczta głosowa Louis'ego Tomlinsona. DELILAH ZAMKNIJ SIĘ! Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału, obiecuję oddzwonić, jest jesteś wart mojego czasu.
- Nie Louis. Nie, nie, nie - szepnęłam do siebie, wybierając trzęsącymi się dłońmi numer Harry'ego.
- Delilah - odebrał po chwili, a jego głos był bardziej zachrypnięty, niż zwykle.
- Proszę, powiedz, że - i przerwał mi, zaczynając głośno płakać.
Łzy spływały po moich policzkach, kiedy słyszałam płacz Harry'ego przez telefon. Louis odszedł. Louis odszedł i zabrał po kawałku każdego z nas ze sobą i to bolało. Bo Louis był zbyt wspaniały, by odchodzić.
- Delilah! - mama wpadła do pokoju i wzięła mnie w objęcia, a ja szlochałam jeszcze mocniej. - Delilah, co się dzieje!
- On... On nie żyje mamo - wydusiłam. - Louis nie żyje - pokiwałam przecząco głową, jakbym chciała odgonić od siebie tę paskudną myśl, ale ona nie chciała odejść.
- Oh, Delilah - westchnęła, głaszcząc moje plecy.
Nie jestem teraz pewna, ile dokładnie płakałam, ale z każdą minutą łez było coraz więcej, a ja byłam wyczerpana. Mama pakowała moje rzeczy, kiedy ja wraz z będącym w nie lepszym stanie Harrym, pocieszaliśmy się nawzajem. Harry i Louis byli najlepszymi przyjaciółmi. Poznali się w szpitalu, kiedy Louis przyszedł na badania, a Harry odbywał tam staż. Byli nierozłączni, wiedzieli o sobie wszystko i bardzo mocno się kochali. Trochę, jakby Lou miał połowę serca Hazzy, a Hazz miał połowę serca Louis'ego. I prawdopodobnie tak było.
- Hazz,  za dwie godziny będę w Dublinie, przyjedź do mnie - szepnęłam i rozłączyłam się.
Mama zaniosła moją walizkę do auta. Podeszłam do półki ze zdjęciami. Wyjęłam z ramki moje zdjęcie z Niallem i zgięłam je na pół, aby następnie wsunąć je do tylnej kieszeni spodni. Wyszłam na zewnątrz i pożegnałam się z mamą i Daisy, które zostawały w domu.
- Delilah, śpieszymy się - ponaglił tata.
- Daj mi jeszcze 10 minut - powiedziałam i ruszyłam do domu naprzeciwko.
Zadzwoniłam. Usłyszałam, jak ktoś po chwili zbiega po schodach, by za chwilę drzwi otworzyły się, a w nich stanął Niall. Uśmiechnęłam się do niego, a on odwzajemnił to. Przygryzłam wargę kiwając głową i rozpłakałam się, mając przed oczami obraz zmarłego przyjaciela. Blondyn wziął mnie w ramiona i zaczął kołysać, kiedy ja moczyłam jego koszulkę.
- Jest w porządku kochanie - szepnął w moje włosy. - Naprawdę jest w porządku.
- Nie, nie jest Niall - zająknęłam się. - On nie żyje.
- Wierzył w niebo? - zapytał nagle.
- Tak, chyba, chyba tak.
- W niebie jest raj, Delilah. A w raju nie ma ludzi chorujących na kostniakomięsaka. W raju są tyko zdrowi ludzie i Louis jest wśród nich.
- Ja muszę... Wracam do Dublina - wydukałam, starając się nie rozpłakać ponownie.
- Wiem. A ja będę tu na ciebie czekał - uśmiechnął się, gładząc kciukami moje policzki. Spojrzałam w jego oczy i wiedziałam, że nie kłamie, że będzie czekał.
- Odwiedzisz mnie w szpitalu, prawda? - zapytałam, a on tylko pokiwał głową.
I z jakiegoś dziwnego, nieokreślonego powodu, ufałam mu.
Mullingar, 2 lata później
- Delilah! - wrzasnęła Daisy, wybiegając z domu, kiedy tylko wysiadłam z samochodu.
- Cześć - mruknęłam, kiedy objęła mnie tak mocno, że aż zabolało. Mama stała roześmiana w progu i robiła nam zdjęcia, a tata wyjmował moje rzeczy z bagażnika. Potem wszyscy zrobiliśmy rodzinnego przytulasa i nie, wcale nie czułam się na niego za stara.
- Dobrze, że jesteś z powrotem z nami, kochanie - szepnęła mama, ze łzami w oczach.
- Oh mamo, no weź - zaśmiałam się.
- Delilah, a kiedy twoje włosy odrosną? - zapytała nagle Daisy.
- Za kilka lat będą takie długie jak twoje, a wtedy będziemy zaplatać sobie warkoczyki - uśmiechnęłam się szeroko i rozejrzałam wokoło. Mój wzrok zatrzymał się na domku naprzeciwko.
- Idź skarbie. Idź, bo czeka - powiedział tata, a moje słabe serce na chwilę stanęło.
Przypomniałam sobie o Louis'm i o jego mądrych przebłyskach, jak je nazywaliśmy. Kiedyś powiedział "Nie sztuką jest pokochać człowieka. Sztuką pokochać jest człowieka z rakiem" lub możliwe, że znalazł ten tekst w internecie.
Zapukałam, biorąc kilka głębokich wdechów. Drzwi otworzyły się chwilę potem. Stanęła w nich wysoka, uśmiechnięta brunetka.
- W czym mogę pomóc? - spytała, miała idealny głos.
- Czy ja... Zastałam Nialla? - powiedziałam, przygryzając wargę, aby spod moich powiek nie wydostały się łzy.
- Nialler! Do ciebie! - zawołała, po czym jeszcze raz obdarzyła mnie śnieżnobiałym uśmiechem rodem z Hollywood i zniknęła w głębi domu. Słyszałam ich śmiechy, a po chwili z korytarza wyłonił się Niall.
- Delilah - odetchnął głęboko, a na jego twarzy zagościł uśmiech.
- Czy ty... Wciąż jesteś tu dla mnie? - zapytałam, a mój głos się załamał. Modliłam się, aby to była tylko koleżanka, choć nie byłabym zła na Nialla, bo miał prawo przestać na mnie czekać. A czekał prawie cztery lata. 
- Zawsze tu byłem - odparł i przytulił mnie mocno, a następnie pocałował. - Nie wiem, czy jesteś w stanie sobie wyobrazić, jak mocno cię kocham. Czasem mam wrażenie, że to uczucie mnie przygniecie.
Byłam w stanie. Chyba zawsze byłam. Niech chyba będzie naszym na zawsze.
- Chyba - wyszeptał, jakby czytał w moich myślach i przygryzł płatek mojego ucha. Wybuchnęliśmy śmiechem.  
- Chyba - mruknęłam i złączyłam nasze usta w kolejnym pocałunku.

Kiedyś powiedziałeś, że umieranie jest jak spadanie i teraz rozumiem, co miałeś na myśli. To tak, jakbyś leciał ku końcowi i nie mógł się zatrzymać, możesz tylko spadać i czekać aż swoje ciało uderzy o dno. Ale przypuszczam, że gdybym spadał dla ciebie, wykorzystałbym cały czas, jaki mógłbym mieć. Chcę z tobą spadać, a kiedy uderzymy o ziemię, chcę uderzyć w nią obok ciebie.

* - No, więc chodzi o to, że w przypadku wybrania danego rodzaju chemioterapii (nie pamiętam teraz, jak się nazywa), uszkadza ona przełyk, przez co pacjent nie może jeść normalnych posiłków.
* Elvis Presley - Can't Help Falling In Love
Cytat z początku i końca pochodzi z fanfiction Catch me, I'm falling, i jest to ff o Larrym.

O boże, prawie, jak ruska telenowela ._.
Serio, ten imagin wyglądał o niebo lepiej w mojej głowie, przepraszam za tę zbrodnię. Długi, jak cholera i nudny, jak... nie wiem co, ale coś bardzo nudnego. Przepraszam za tę chaotyczność, mieszanie wątków, postaci itp. Nie mam pojęcia co ostatnio się ze mną dzieje, nie potrafię sklecić nic sensownego.
Aha, jeszcze coś. Imagin troszkę inspirowany The Fault in Our Stars, którą skończyłam wczoraj czytać.
No nic, enjoy! xxxxx
P.S
NO I PRZEPRASZAM, ŻE KOLEJNY IMAGIN DODAJĘ JA, LOL


20 komentarzy:

  1. switne
    jak robisz te smsy
    Agaxox

    OdpowiedzUsuń
  2. akuratnie słuchałam piosenki do The Fault in Our Stars
    a ten imagin znakomity popłakałam się :')
    ♥ Kocham

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. The Fault in Our Stars - najlepsza książka i najlepszy film ever <3 <3 <3
      A sam imagin genialny :D

      Usuń
  3. O ja nie mogę... Nic nie jest nudne, wszystko jest cacy, tylko czasami akcja się za szybko zmieniała :p I Jeeezu, z Niallem *______* Ten tekst na końcu jest cudowny, wgle imagin i ty jesteście cudowni i uwielbiam ciebie i twoje dzieła, ale to i tak wiesz ^^ Nie lubię tego, że się nie doceniasz, kiedy ja chciałabym mieć taki talent i pomysły jak ty *______*

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie coś czułam, że ma to związek z książką :) Podoba mi się ten Imagin i wcale nie jest nudny! ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Trzęsą mi się ręce i nie wiem, co napisać...
    Boże, ten imagin był po prostu... Jezu... nie, ja nie mogę.
    Coś ty ze mną zrobiła, co? Ja po prostu... nie mogę znaleźć słów, żeby opisać co czuje po przeczytaniu tego. Rozstroiłaś mnie emocjonalnie i teraz nie mogę się pozbierać, shit.
    Ten imagin był po prostu świetny i popłakałam się.
    Ilysm

    OdpowiedzUsuń
  6. Super super super!

    OdpowiedzUsuń
  7. jeeej w końcu po prawie tygodniu przerwy (nikt przez ten czas nie dodawał imaginów) jest coś!
    I to takie, że aż się.. popłakałam.. jeny ;-;
    cudowny imagin.. czekam na więcej ^^

    OdpowiedzUsuń
  8. NIENAWIDZE CIE MAŁY GŁUPKU :')))))))))))))))))))))))))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. BOŻE, NAPISAŁAM KOMENTARZ Z KONTA BRATA, POZDRO JA!
      aw karolcia, tyle miłości<3

      Usuń
  9. Znowu płakałam ;-;
    Cudo <3

    OdpowiedzUsuń
  10. Popłakałam się, imagin jest cudowny :')

    OdpowiedzUsuń
  11. Jezu dziewczyno cała się trzęsę i płacze przez Ciebie. Nigdy przez nic ani nikogo tak nie płakałam a to jest takie piękne.
    Cudowny imagin

    OdpowiedzUsuń
  12. Musze skomento0wac.
    Imagin jest dośc dziwny,ale coś w nim jest. taka magia, taka szczypta czegoś..
    Przy ostatniej rozmowie D z Louis'em miałam już grube łzy w oczach.
    Piękne, po prsotu piękne.
    Czasem nierzozumiałe, ale cudowne.
    Nie wiem czy masz talent do pisania. Bardzo fajne ogólnie,ale czy zdania.. Ehh.
    JEST SUPER!
    I tyle powinno nam starczyć.........

    OdpowiedzUsuń
  13. CUDOWNE *----* Świetnie piszesz <3
    Miałam łzy w oczach...

    OdpowiedzUsuń
  14. super lubie ruskie telenowele polecam "gwiazdy tancujet na lodje" gra tam tom hanks i fredi merkury, super fabuła. Pozdrawiam,
    Julka

    OdpowiedzUsuń
  15. Dobra skarbie, nie rozkręcej się tak, bo to jest pierwszy od dawna świetny imagine na tym blogu ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3