niedziela, 10 sierpnia 2014

Seven Hundred Twenty



Nie widzę nic. Tylko ciemność. Słyszę. Słyszę pikanie, to doprowadza mnie od szału. Oddycham. Dlaczego? Dlaczego mnie uratowaliście? Dlaczego nie pozwoliliście umrzeć? Nie chce już się dłużej tu męczyć. Po co mam przeszkadzać innym ludziom? Do czego ja jestem im potrzebny? Do niczego..
Znów słyszę te denerwujące pikanie. Muszę to wyłączyć. Muszę otworzyć oczy. Próbuję. Widzę, jednak w nienajlepszym stopniu. Wszystko się rozmazuje. Ta kobieta przede mną też. Mówi coś do mnie. Staram się ją zrozumieć. Potrząsam głową. Docierają do mnie tylko pojedyncze słowa. Dotyka mojej głowy lecz strzepuję jej dłoń.

-Jak się czujesz?- słyszę, tym razem pełen dialog- Potrzebujesz czegoś? 
-Mogłaby pani wyjść?- pytam zdenerwowany. Chciałbym zostać sam, czy to aż tak wiele?
-Muszę się tobą opiekować- mówi przesłodzonym głosem. Nie potrzebuję litości.
-Po co? Dlaczego mnie uratowaliście? Byłem już tak blisko- ostatnie zdanie wyszeptałem, byłem u skraju wytrzymałości, choć wiedziałem, że to dopiero początek…
-Każdy umrze, ale w swoim czasie i nie w taki sposób, kochany. Co cie skłoniło do podcięcia żył? Czy nie można poradzić sobie z trudnymi sytuacjami inaczej?
-Jest pani kolejną osobą, która wypomina mi to co robię, a wcale nie wie dlaczego. Po prostu wypiszcie mnie ze szpitala, będziecie mieli o jednego pacjenta mniej.
-Niestety nie możemy cie wypuścić. Dopóki cie nie wyleczymy nie masz szans na wyjście.
-Mogę się wypisać w każdym momencie, choćby nawet teraz.
-Jeżeli będziemy widzieć poprawy, będzie to możliwe, jednak ze szpitala psychiatrycznego nie będzie tak łatwo. Odpoczywaj- wstała, a dopiero po chwili dotarły do mnie jej słowa.
-Przepraszam, ale jakiego szpitala?
-Psychiatrycznego. Nie denerwuj się, niedługo cie odwiedzę.
-Chcę stąd wyjść!- wstałem z łóżka, jednak kobieta zagrodziła mi drogę.
-Jak wspominałam wcześniej, nie możesz. Połóż się grzecznie na łóżku i czekaj aż któraś z pielęgniarek przyniesie ci leki.
-Po co mi te cholerne proszki?!
-Pomogę ci się uspokoić,  a także wyzdrowieć, jednak większość należy tylko i wyłącznie od ciebie.
-Nie jestem chory!

Ona tylko pokręciła głową i wyszła z pomieszczenia. Czyli to nie sen, to prawda. Zamknęli mnie w psychiatryku. Czy jestem aż tak niebezpiecznym człowiekiem by odizolować mnie od świata? Przecież to nie jest choroba. To życie, które boleśnie karze mnie za coś czego nie zrobiłem. Przecież to jest niesprawiedliwe. A co w życiu jest sprawiedliwe?
Usiadłem na łóżku, a swój wzrok utkwiłem w białych drzwiach. W zasadzie cały pokój urządzony był w tym kolorze. Może oprócz biurka i kilku sprzętów. Czułem się jak w filmie, oglądałem kilka takich o podobnej ‘fabule’. Chłopak trafia do szpitala psychiatrycznego, ale on musiał się tam znaleźć. Chorował na jakąś chorobę, której nazwy akurat nie pamiętam. Zrobił coś złego, bardzo złego. Ludzie w białych fartuch zawieźli go do wielkiego budynku, ale przed tym podali mu środki uspokajające. Przynajmniej tak sądzę. Wprowadzili go jego pokoju, który również był w kolorach bieli. Oczopląsu można dostać. Zostawili go samego i wyszli. On przez kilka dni nie dawał znaków życia. Nie odzywał się, nie jadł, więc wszystko podawali mu przez kroplówkę. Po prostu nie kontaktował się z rzeczywistością, a może wcale tego nie chciał? Potem zaczęli go uczyć, uczyć dobrych rzeczy w bardzo okrutny sposób. Nie przepadałem za takimi scenami, więc czekałem aż przestaną. Codziennie mijał innych ludzi, którzy wydawali mu się naprawdę dziwni, nie chciał mieć z nimi styczności więc rzadko wychodził z pokoju. Pomagała mu jedynie dziewczyna, którą poznał gdy obroniła go przed chorym psychicznie chłopakiem. A dalej nie pamiętam, bo zasnąłem.
I w tym momencie zaczęły mnie gnębić myśli samobójcze. Znowu. Bałem się, że takie same tortury będą stosować na mnie. Ale przecież nic nie zrobiłem, prawda? Chciałem żyć normalnie, jednak stopniowo coraz bardziej przytłaczało mnie rzeczywistość i ta fałszywość u ludzi. To było najgorsze.
Zobaczyłem, że drzwi się otwierają, a do mojego pokoju weszła kobieta w białym fartuchu. Podeszła do mnie i podała malutki kubeczek, właściwie było to coś przypominające kieliszek, tyle, że plastikowy. Znajdowało się w nim kilka tabletek. Popatrzyłem na kobietę ze zdziwieniem.

-Mam to wszystko łyknąć?- spytałam, a ona pokiwała głową nie wypowiadając ani jednego słowa. Połknąłem proszki i popiłem je wodą. Kobieta miała już odchodzić jednak powstrzymałem ją.- Czy muszę siedzieć tutaj cały czas?
-Możesz przejść się do biblioteki bądź do sali, gdzie będę inne osoby.
-Wolałbym do biblioteki.
-Mogę cie tam zaprowadzić..
-W drogę.

Zeskoczyłem z łóżka i ponagliłem kobietę. Chciałem jak najszybciej wydostać się z tego pokoju, nie mogłem wytrzymać w tych czterech ścianach. To było dla mnie za wiele. A myśl, że muszę spędzić tu jeszcze dużo czasu wcale mi nie pomagała.

-To tutaj- wskazała na białe drzwi. Znowu ten sam kolor.- Pamiętaj, że są tu ochroniarze, którzy obserwują co robisz. Więc nawet nie próbuj- powiedziała i odeszła.

Wzruszyłem ramionami i wszedłem do środka. Mój wzrok od razu napotkał wiele regałów, na których poustawiane były książki. Podszedłem do jednego z nich i zacząłem szukać ciekawej lektury, aby spędzić trochę czasu bez myślenia o samobójstwie. Chciałem jak najszybciej się stąd wydostać. Tylko jak?
Mój wzrok napotkał książkę z ciekawym tytułem. „Powiedz, że nic mi nie jest” Rosie Roshton. Czytałem już jedną z jej książek i nie powiem, zaciekawiła mnie. I choć okładka nie powala postanowiłem, że ją przeczytam. Usiadłem w jednym z kątów i zagłębiłem się w lekturze…


Odłożyłem książkę na jej poprzednie miejsce. Nie chciałem jednak jeszcze wracać do pokoju więc zacząłem szukać kolejnej ciekawej lektury. Gdy odwróciłem się wpadłem na kogoś i oboje wylądowaliśmy na twardym podłożu. Pokręciłem głową, wstałem i podałem rękę tej osobie. Podniosła na mnie swój wzrok, nie wykazując żadnych emocji. Bez mojej pomocy wstała i otrzepała spodnie. Przez chwilę popatrzyła się na mnie więc mogłem dokładnie zlustrować jej wygląd.
Miała lekko rozczochrane, blond włosy sięgające do łopatek. Jej oczy koloru zielonego nie wykazywały żadnych emocji. Były po prostu wpatrzone w przestrzeń. Była bardzo chuda, co dało się zauważyć na pierwszy rzut oka. Mimo wszystko coś mi się w niej spodobało, i za wszelką cenę chciałem dowiedzieć się co.

-Hej- powiedziałem jednak nie zareagowała więc pomachałem jej dłonią przed twarzą- Jestem Louis.
-Tak, hej.- mruknęła i ominęła mnie, podeszła do jednego z regałów i wyciągnęła dokładnie tą samą książkę, którą przed chwilą czytałem.
-Dobry wybór. Właśnie ją przeczytałem i..
-Odpuść sobie, okej? Nie potrzebuje nowych znajomości, wolę pobyć sama i w spokoju przeczytać tą książkę.
-Ale ja muszę z kimś porozmawiać, bo zaraz po prostu zwariuję.
-Skoro tu jesteś, to znaczy, że zwariowałeś, prawda?
-Nic mi nie jest. To oni sobie coś wymyślają. Nie pobędę tu zbyt długo, niedługo mnie wypiszą i znów będę mógł robić to co robiłem…
-Myślisz, że to takie proste? Jestem tu od półtora roku i ani śpieszy im się mnie wypuścić. Myślę, że zostanę tu do końca życia. Ale przynajmniej mam co robić.
-Jak to do końca życia? Nie, na pewno nie. Wypuszczą mnie stąd za kilka dni i wszystko będzie po staremu.
-Też w to wierzyłam, ale jak widzisz wciąż tu jestem, a nadzieja przepadnie prędzej czy później.

Usiadłem obok niej na podłodze i schowałem twarz w dłonie. Nie mogłem przecież zostać tu tak długo, jestem jeszcze młody, ale nie chcę wracać do rzeczywistości, nie chcę znów popełniać tylu błędów. Jednak nie chcę tu zostać, to dla mnie za wiele. Te miejsce, działa na mnie okropnie. Zero kontaktu z ludźmi, normalnymi, chodź biorąc pod uwagę, że tu jestem ja również nie jestem normalny.

-I będziesz się tu załamywał? Uwierz mi nie warto.- usłyszałem jej głos i podniosłem wzrok- No co?
-Jak masz na imię?
-[T.I],  a pytasz bo?
-Chcę cie poznać.
-Nie warto, taka osoba jak ja już dawno powinna umrzeć. Już dawno powinnam przestać istnieć na tym świecie. No, ale los pisze inne historie więc znalazłam się tutaj.
-Każdy jest kimś, ale nie każdy o tym wie. Ja też o tym nie wiem- powiedział, a ona roześmiała się.- Co?
-Nie rozumiem dlaczego tu jesteś.. Będę żałować tego pytania, ale jak się tu znalazłeś?
-Nie chcę o tym rozmawiać.
-Ugh, dobra. Opowiem ci moją historię jeżeli ty opowiesz mi swoją, zgoda?
-Tak, ale ty zaczynasz.
-No cóż, co tu dużo opowiadać- odsłoniła sweter, a na jej nadgarstkach zobaczyłem kilkanaście blizn- To jest cała moja historia i wciąż pojawia się ich kolejny ciąg. To wszystko co powinieneś wiedzieć.
-Widzisz,  nie jesteśmy aż tacy różni- pokazałem jej moją pociętą skórę, miałem dużo blizn, ale nie przeszkadzało to w robieniu nowych.
-Oh, dlaczego to robiłeś?- spytała dotykając moich blizn.
-Ja.. sam nie wiem. Chciałem odizolować się od ludzi, uciec gdzieś gdzie miałbym spokój, a tu mam go aż za dużo.
-Przyzwyczaisz się, zajmie to trochę czasu, ale i tak nie masz wyjścia.
-No właśnie.- mruknąłem opierając się o ścianę.
-Ale tu nie jest aż tak strasznie, oni muszą ci usługiwać, masz do dyspozycji cały budynek. Ja uwielbiam tutaj siedzieć, bo nikt tu za często nie przychodzi, więc mam spokój. A jak ty tu trafiłeś? W sensie do biblioteki, nikt z własnej woli nie odwiedza tego miejsca.
-Wolałem to, niż siedzieć z innymi dziwnymi ludźmi.
-Rozumiem.
-Często tu przychodzisz?
-Jak często się da. Lubiłam czytać jeszcze przed trafieniem tutaj.- westchnęła - A teraz wybacz, bo mam zamiar przeczytać tą książkę- pomachała mi okładką przed twarzą i zagłębiła się w lekturze.

-I jak? Ciekawa?- spytałem gdy odkładała książkę.
-Tak, czytam ją kolejny raz i wciąż mi się nie znudziła. A twoim zdaniem jaka jest?
-No cóż, Rosie Rushton pisze dobre książki, które lubię czytać.  Przeczytałem chyba już wszystkie jej autorstwa.
-Oh, widzę, że też ją lubisz. Jednak mamy coś wspólnego- zaśmiała się- Muszę się już zbierać, zaraz idę na badania. To do zobaczenia?
-Do zobaczenia.


Pomachała mi i opuściła bibliotekę. A ja wiedziałem, że nie mogę odpuścić sobie takiej dziewczyny. Tak bardzo podobnej do mnie. Może razem uda nam się poradzić z problemami? Na pewno wiem jedno. Spotkamy się. To jest pewne. 



......................................................
Imagin z dedykacją dla Caroline Adams! Dziękuje za podsunięcie pomysłu :)
Witam :) Długo mnie tu nie było, ale powracam z nowym imaginem! Skorzystałam z jednego z pomysłów i wyszło takie coś. No, cóż moim zdaniem mogłam zrobić lepiej, ale co zrobisz? Przepraszam, że tak rzadko dodaję. Postaram się coś zmienić. Mam jeszcze do dokończenia jeden imagin i wstawię go za kilka dni  :)
No to na tyle. Żegnam się z wami. Miłego dnia i wykorzystajcie wakacje do końca, bo niestety już się kończą :C

6 komentarzy:

  1. Jest świetny ;) Historia naprawdę fajna... Z niecierpliwością czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja uwielbiam imaginy z Louisem <3 :D Kurde.. czy ja teraz muszę natrafiać na imaginy, opowiadania w których główny bohater trafia do psychiatryka? XD
    Cuudny

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajny i bardzo mi się podoba. :3

    OdpowiedzUsuń
  4. Fenomenalny *o*
    Taki o jakim myślałam. Już dawno chciałam przeczytać coś takiego, więc podałam pomysł i się opłaciło :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiedziałam że to LouLou

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3