sobota, 1 listopada 2014

Seven Hundred Thirty Two



Lustro błyszczało w świetle wpadających przez okno promieni porannego, majowego słońca. Karen, Ruth i Nicola biegały zdenerwowane po pomieszczeniu, chichocząc i rozmawiając głośno. Ona siedziała w szarym, miękkim fotelu. W zdenerwowaniu drapała pomalowanymi paznokciami po jego oparciach. Jej gęste, brązowe włosy opadały delikatnymi falami na odkryte ramiona.
- Nie wierzę! - zawołała Karen, w jej głosie słychać było nieopisaną radość, a jej twarz, rozpromieniona szerokim uśmiechem, tryskała szczęściem.
Chwyciła biały, półprzezroczysty materiał i wpięła go w jej włosy, a chwilę potem zadowolona klasnęła w dłonie, by pochwycić w nie białe, skórzane pantofle, nunąc pod nosem marsz Mendelsona.
Uśmiechnęła się lekko, wsuwając na gładkie stopy niewysokie obcasy. Ruth stanęła naprzeciwko niej i westchnęła.  Ściągnęła szary materiał z lustra, a ona wstała z fotela i odetchnęła wygładzając białą sukienkę.
- Wyglądasz obłędnie - skomentowała Nicola. Jesteś najpiękniejszą panną młodą na świecie.
Wszystkie cztery zachichotały, przytakując na te słowa. Usłyszały, jak ktoś trzy razy zapukał do drzwi. Po chwili zza nich wyłoniła się głowa Nialla.
- Już czas - oznajmił, po czym spojrzał na nią. - Cholera, wygląsz niesamowicie. Pieprzony szczęściarz - zaklął, choć wiedziała, że żartuje.
Wzięła kilka głębokich wdechów po czym ruszyła za blondynem, a Karen i jej córki tuż za nimi. Powietrze zrobiło się cięższe, kiedy w ciszy maszerowali korytarzem, a obcasy stukały o wypolerowane płytki. Już z oddali zobaczyła swojego ojca i matkę, z szerokimi uśmiechami i łzami w oczach. Wpadła w ich ramiona, a oni zaśmiali się krótko.
- Mamy nadzieję, że będziesz z nim szczęśliwa, kochanie - szepnęła mama, a po jej policzku spłynęła łza.
Chwyciła ojca pod rękę, a w kościele rozbrzmiał marsz Mendelsona. Wszyscy powstali ze swoich miejsc. Kroczyła powoli, a wszystkie spojrzenia skierowane były ku niej. Na jej delikatnej twarzy majaczył lekki uśmiech, kiedy mijała swoich krewnych i przyjaciół. Przy ołtarzu zauważyła już Ruth i Nicolę, oraz Nialla i Louis'ego.
Zza kotary wyłonił się Liam. Miał na sobie idealnie skrojony, czarny smoking, muszkę i białą koszulę. Przygryzł wargę, kiedy spojrzał w jej kierunku, próbując powstrzymać uśmiech. Był to najpiękniejszy dzień jego życia.

- Na mocy danego mi prawa ogłaszam was mężem i żoną - kapłan uśmiechnął się serdecznie, a Liam odetchnął jakby z ulgą i objął ją w talii, po czym oboje zaśmiali się i złączyli swoje usta w długim pocałunku, przy wiwacie gości zaproszonych na ich ślub,
I żyli długo i szczęśliwie.
A nią byłaś ty.


Tym lekkim i przyjemnym akcentem pragnę się z wami pożegnać :)
Po ponad rocznym pisaniu tu, odchodzę, głównie przez wzgląd na to, że... mi się nie chce. Wypaliłam się, jeśli chodzi o imaginy. Nie będę się tłumaczyć.
Dziękuję wam za każdy komentarz, przeczytanie mojej pracy i miłe słowo. Jesteście niesamowici :)
Po raz ostatni Ahmydirection.
Halo

5 komentarzy:

  1. Pięknie piszesz:),tylko czemu tak mało komentarzy?Każdy kto to przeczyta jednak powinien zostawić po sobie jakiś ślad,ludzie co z wami?

    OdpowiedzUsuń
  2. chyba nikt już na tego bloga nie zagląda ...

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne *0* tylko czemu tak rzadko wstawiacie Imaginy ;-;

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za każdy dodany komentarz.
Nawet nie wiecie jak bardzo one nas motywują i ile frajdy nam sprawiacie, zostawiając po sobie jakiś ślad!
Czytamy wszystkie komentarze, za wszystkie dziękujemy<3